Wracam do podstaw

Jakiś czas mnie nie było, a przecież obiecałem że będę starał się jakoś ten kanał dystrybucji informacji o przygotowaniach zapełniał. Szybciutko więc nadrabiam zaległości.

Sprawy mają się źle i nie na chwile obecną jestem przekonany, że deklaracja o wzięciu udziału w B7S w 2021 roku była bardzo pochopna. Oczywiście nie oznacza to, że skreślam temat i odkładam go na półkę. Mam jeszcze trochę czasu na przygotowania, tylko trzeba wymyśleć jakiś sensowny plan działania.

W ubiegły weekend poleciałem na trasę Kaszubskiej Poniewierki, która ze względu na Covid w tym roku nie odbyła się oficjalnie, ale w kilka osób chcieliśmy trasę pokonać. W założeniach była wycieczka biegowa, jak za starych dobrych czasów. Spotkaliśmy się o 2:00 w nocy u podnóża Łysej Góry w Sopocie i ruszyliśmy w ciemny las.

Fot. Witosław Wolański

Początkowo grupa trzymała się razem, ale dysproporcje pomiędzy biegaczami dosyć szybko utworzyły dwa obozy – szybkich chartów i tych, którzy ich gonili. Początkowo trzymałem się gdzieś pomiędzy rozsądkiem a komfortem. Po 12 -tu kilometrach, przy Rybakówce okazało się, że biegnąc spokojnym wycieczkowym tempem nie mamy szans na ukończenie trasy w limicie, wiec postanawiamy się rozdzielić.

Przez kolejnych kilkanaście kilometrów było fajne bieganie – takie nie za szybkie i nie za wolne. Wsamraśne.

Na 30 kilometrze był mobilny punkt żywieniowy, zjadłem bułę, popiłem i … strasznie zmarzłem. W nocy byo zaledwie 8 stopni powyżej zera i momentami przydawały się rękawiczki.

Fot. Wojciech Zwierzyński

Gdy startowałem z punktu, byłem strasznie spięty z zimna, nogi jak kołki z drewna, ciągnięcie w pachwinie, ale ruszyliśmy spokojnie przed siebie, a ja starałem się rozgrzać. Do jeziora Otomińskiego było w miarę dobrze, ale postój przy jeziorze spowodował, że ponownie zastygłem.

O tego miejsca właściwie była już równia pochyła. Spięcie tylnej taśmy dawało mi się coraz bardziej we znaki. Po kilkuset metrach biegania nasilał się ból w okolicach kolan, klasycznie jak przy ITBS. Cały czas wierzyłem, że uda misie to rozchodzić, ale z każdym kilometrem było gorzej, a dodatkowo zacząłem ponownie marznąć. Postanowiłem zakończyć zabawę i ewakuować się do domu.

Nie ma co mydlić oczu – wyszło zaniedbanie związane z rozciąganiem, zatem od dzisiaj muszę się zabrać za wzmacnianie mięśni pośladkowych oraz rozciągnie tylnej powięzi.

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *