Bieg Ultra Granią Tatr

Tym biegiem zamknąłem pewien etap w swoim życiu. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z bieganiem, kiedy ledwo potrafiłem przetruchtać kilka kilometrów odkryłem, że istnieje pewien magiczny, bardzo odległy świat jakim jest bieganie ultra. To odkrycie na zawsze zmieniło mnie i mój sposób życia. A kiedy trafiłem po raz pierwszy na stronę BUGT wiedziałem, że ten bieg kiedyś pobiegnę. Wyobraźcie sobie jak bardzo odległy był to dla mnie temat, ale byłem zdeterminowany i mocno zmotywowany. Drogę do BUGT możecie przeczytać na tym blogu, bo powstał on właśnie z myślą o napisaniu historii, której finałem jest BUGT.

Finał został napisany w ubiegłą sobotę….

Do Zakopanego przyjechaliśmy już we wtorek, aby przy okazji biegu odpocząć i nawdychać się zdrowego górskiego powietrza. Pogoda była piękna i słoneczko ładnie przygrzewało, a ja snułem plany dotyczące biegu i przeplatałem je obawami  o odwodnieniu się na trasie. Im bliżej soboty tym bardziej niepokojące stawały się prognozy pogody, które przewidywały załamanie w popołudniowych godzinach w dniu startu. Piątkowa odprawa zawodników nie pozostawiała złudzeń. Prognozy są złe, a organizatorzy dorzucili kilka dodatkowych rzeczy od obowiązkowego ekwipunku – kurtka przeciwdeszczowa, druga warstwa i spodnie przeciwwiatrowe. Była to zła wiadomość, bo planowałem polecieć z moim ukochanym 6 litrowym plecakiem, który ma możliwość zamocowania bidonów z przodu. Załadowanie do niego bukłaka z piciem (zakładałem ze 1 litr to mało na odcinki między punktami), jedzenia w postaci batonów, żeli, suszonej wołowiny, dwóch kurtek, spodni i drugiej warstwy to zbyt wiele. Nie wspomnę o rękawkach, buffie, gopro, powerbanku, telefonu z muzyką, słuchawek, folii nrc, dokumentów, pakietu pierwszej pomocy…

To wszystko nie miało prawa zmieścić się w tym małym plecaku więc musiałem dokonać selekcji i z czegoś zrezygnować. Na pierwszy ogień poszło jedzenie. Zabrałem tylko 5 żeli, jednego batona i suszoną wołowinę, o której zapomniałem i przez cały bieg bylem przekonany, że została w domu. Aby się z tym wszystkim zapakować musiałem umocować drugą warstwę „na” plecaku za pomocą elastycznych sznurków – uprzednio pakując ją do worka, aby nie zamokła w czasie deszczu. Od razu napiszę ku przestrodze wszystkim, którzy to czytają : wszystkie ubrania i rzeczy, które mogą uleć zamoczeniu należy pakować w worki foliowe, nawet jeśli są wewnątrz plecaka.

Poranek w Dolinie Chochołowskiej był przyjemnie ciepły mimo bardzo wczesnych godzin „porannych”. Start z Siwej polany rozpoczął się o godzinie 4:00 i pobiegliśmy początkowo asfaltem a następnie drogą szutrową do Polany Chochołowskiej skąd droga prowadziła przez Grzesia(1652), Rakoń(1876), Wołowiec(2064), Jarząbczy Wierch(2115) i Starorobociański Wierch(2172) a następnie Siwą Przełęcz, dalej przez Iwanicką (1459) aż do schroniska Ornak gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy. Jak tylko wyszliśmy nad linię lasu przywitał nas huraganowy wiatr, który wiał z prędkością 70 km/h i zabierał wszystko, co było zbyt delikatnie umocowane – kurtki, czapki a mnie osobiście słuchawki bezprzewodowe. Wiatr był momentami tak silny, że podczas biegania po szlaku nie zawsze lądowałem w miejscu, w którym się tego spodziewałem, a kije skutecznie plątały się pod nogami.

Wróćmy do punktu żywieniowego przy schronisku Ornak. Dotarłem tam na 240-tej pozycji po 5h:22m. Byłem zadowolony z uzyskanego czasu, bo opuszczając ten punkt miałem godzinę zapasu do limitu. Na samym punkcie niestety przeżyłem zawód. Nie było już dostępnych żeli, wiec skubnąłem nieco owoców, uzupełniłem bidony (na pierwszym etapie wypiłem litr picia), napiłem się colą , wypiłem elektrolity i ruszyłem w dalszą drogę. W sumie bojowo nastawiony, bo pierwszy etap całkiem dobrze mi poszedł i nie umierałem na trasie. Wejście na Tomanową przełęcz już pięknie oświetlało słonce, które powyżej konkretnie już przypiekało i wysysało resztki sił. Nie doceniłem tego podejścia, a ono nie miało zamiaru się skończyć. Ponad dwie godziny podchodzenia skutecznie zniszczyło mnie psychicznie. Fizycznie też nie było polotu, ale parłem naprzód, bo współtowarzysze sprawiali wrażenie zmęczonych tak samo jak ja. Z Ciemniaka bylo widać już Kasprowy wierch, daleko co prawda, ale był. Ale najważniejsze było dla mnie, że był poniżej mnie więc będzie z górki. takie własnie oszukiwanie samego siebie włącza się, kiedy człowiek jest zmęczony. Ale tak na poważnie na Małołączniaku (2096) zerknąłem na zegarek i zmroziło mnie. Mój wypracowany zapas z Ornaka znacznie wyszczuplał i złapanie limitu 10h na Murowańcu zostało zagrożone. Miotany wątpliwościami czy zdążę do Murowańca, a potem na Wodogrzmoty Mickiewicza, gdzie obowiązywał mnie limit 14h przemierzałem Kopę Kondracką (2005) w Kierunku Kasprowego Wierchu (1986).

Na punkt żywieniowo-kontrolny przy Murowańcu wpadłem po 9h:23m jako 228 zawodnik, co oznaczało, że mimo półgodzinnej straty zapasu do limitu przegoniłem o 12 pozycji konkurencję. Oczywiście tego nie wiedziałem, wiec postanowiłem tracić jak najmniej czasu i wyruszać w dalszą drogę. Tym razem postanowiłem się solidnie posilić, wybór padł na warzywa i owoce, nie skusiłem się na zupę ani ciastka. Uzupełniłem picie (kolejny litr), chwyciłem w rękę garść ogórków i wyruszyłem w dalszą drogę na przełęcz Krzyżne.

Zaraz za Murowańcem nastąpiło zapowiadane załamanie pogody, przez niebo przeszły trzy pomruki grzmotu i zaczęło lać. Rozpoczęliśmy wspinaczkę ku największemu przewyższeniu na tym odcinku. Mozolnie wspinaliśmy się na Krzyżne (2112), na którym przywitał nas zimny wiatr po stronie Doliny Pięciu Stawów, a jednocześnie widok na Dolinę spowitą w obłokach rozgrzewał serca. Pędziłem wiec w miarę możliwości w dół spokojny już o limit na Wodogrzomotach, bo tylko nieszczęście na trasie mogło mi zagrozić.

Punkt kontrolny osiągam po 13h:26m na 217 miejscu, uzupełniam picie i bez zwłoki wyruszam dalej, chcąc pokonać jak najwięcej trasy za widnego. Lejący permanentnie deszcz skutecznie utrudniał bieganie, było coraz więcej kałuży ale najbardziej przeszkadzał zapadający zmrok. Mgła i deszcz ograniczały skuteczność świecenia czołówki, więc tempo poruszania było niższe niż bym chciał. Ostatnią rzeczą jakiej bym  sobie życzył na tym ostatnim fragmencie trasy to kontuzja. Z Kuźnic dwa ostatnie kilometry trasy asfaltem pokonałem żwawym kłusem i na metę wpadłem po 16h:23m:55s na 199 pozycji, co oznacza, że na ostatnim odcinku wyprzedziłem kolejne 18 osób.

I tak zakończyła się przygoda rozpoczęta o 4:00 a właściwie kilka lat wcześniej kiedy zacząłem biegać po osiedlowych uliczkach.

Na koniec tego wpisu chciałbym się z wami pożegnać. To koniec bloga, przynajmniej w takiej postaci. Zauważyliście już zapewne , że wszystko już było, a powielanie w kółko tego samego nie ma sensu. Będę pewnie pisał posty, ale bardziej w formie pamiętnika biegowego, bez epickich relacji – raczej suche fakty, spostrzeżenia i uwagi.

Zacznę już w tym wpisie.

  • na bieg należy zabrać tyle suplementów ile będzie Wam potrzebne. Tym razem bardzo się zawiodłem brakiem obiecanych żeli na punktach. Wiem, że zamykałem stawkę, ale wszyscy powinni być obsługiwani na takim samym standardzie.
  • Zmienność pogody w Tatrach pokazała swoje możliwości w ciągu tego dnia. Wielu uczestnikom przydała się obowiązkowa dodatkowa odzież, a w przypadku kilkugodzinnego oczekiwania na pomoc mogłaby bardzo pomóc. Ważne, aby cieple ubrania pakować w nieprzemakalne worki, bo wewnątrz plecaka wszystko pływało. To samo tyczy się gotówki i elektroniki.
  • Należy pamiętać, ze w wielu miejscach w Tatrach nie ma zasięgu telefonia komórkowa i wezwanie pomocy może być utrudnione.

Na koniec podziękowania organizatorom za epicką przygodę. Było wyśmienicie poza małymi drobiazgami, wolontariuszom za dodawanie skrzydeł i kibicing czasem w bardzo nieprzyjemnych miejscach na trasie, w deszczu lub na huraganowym wietrze. Dziękuję też osobom znakującym trasę, szczególnie ostatni fragment który pokonywany był w ciemnościach. Zielone chorągiewki były doskonale widoczne. Specjalne podziękowania kieruje do mojej ukochanej żony, że to wszystko znosi i kibicuje. Buziaki. Ponadto bardzo dziękuje Robertowi Zabel wraz z ekipą na Kopie Kondrackiej za motywację, Arturowi, który towarzyszył mi z Czerwonych aż do Krzyżnego (sorki, że potem uciekłem, ale bardzo marzłem), Krasusowi, który był przy Wodogrzmotach w czadowej żółtej pelerynce z newsami co słychać na trasie, Magdzie, Łukaszowi i Olafowi że nas gościli i przyszły w strugach deszczu przywitać mnie na mecie.

Gratuluję wszystkim, którym się udało skończyć. A Ci którzy w tym roku nie mieli szczęścia życzę, aby za dwa lata znów ich wylosowano.

Sobie też tego życzę.

Tutaj link do galerii Piotra Dymusa, gdyby ktoś szukał natchnienia.

Pozycja :199. Numer startowy :311

Miś Waldemar M40-59( 83) Gdańsk POL Smashing PĄpkins,

Ornak 5:22:00,89 (240) ; Murowaniec 9:23:42,33 (228); Wodogrzmoty 13:26:05,16 (217) ; Meta 16:23:55,21