III KRS Formoza Ultramaraton Kaszubski

Wszystkie zdjęcia użyte we wpisie pochodzą z oficjalnej galerii KRS Formoza.

Po dwóch latach wracam na trasę przygotowaną przez KRS Formoza. Tym razem jednak postanowiłem się zapisać na najdłuższy dystans, czyli 100 mil morskich (185km). Dlaczego właśnie na tak długi dystans? Plan był taki, że ten bieg miał mnie mentalnie przygotować do Łemkowyny, na która wybieram się na jesień, a której nie ukończyłem dwa lata temu. Sprawy nieco się skomplikowały, ponieważ miesiąc wcześniej pobiegłem ultra na Maderze i skutki tego biegu ciągle odczuwałem w swoim organiźmie. Przez pierwsze 20-30 kilometrów niby wszystko było ok, ale później…

Ale może po kolei. Start w sobotę w samo południe. Jest słonecznie, na słońcu ciepło, ale wiatr który zawiewa ma raczej chłodny charakter. Postanawiam przed starem jednak założyć długi rękaw. Trasa składa się z czterech pętli po ok 46 km. Trasę niby znam, ale mimo to udaje mi się dwa razy lekko z nie zboczyć choc oznakowana jest bardzo dobrze. To oznacza, ze nie byłem wystarczająco skoncentrowany na zadaniu jaki mnie czekało. Prawdę mówiąc ten bieg został potraktowany nieco po macoszemu, z jednej strony chciałem się z nim zmierzyć, ale z drugiej strony jakoś specjalnie mi nie zależało.

Trasa poprowadzona jest przez malownicze okolice wiec z radością chłonąłem obrazy jakie mnie mijały, starałem się rozpoznać i przypomnieć sobie tę trasę sprzed dwóch lat. Jednocześnie chciałem tez nagrać coś z czego dałoby się zmontować relację. I po raz kolejny okazało się, że jak się robi wszystko, to nie robi się nic porządnie. Chwila nieuwagi i zamiast pobiec prosto zgodnie z oznakowaniami zakręcam wraz z główną drogą w lewo. Częściowo przez gadanie do kamery a częściowo przez budowę nowej linii energetycznej, na której zawiesiłem wzrok. No i stało się. Po jakimś czasie zacząłem czuć niepokój ze nie ma oznaczeń trasy, niby na odprawie wpsominano, że jeśli nie będzie odnóg, to oznaczeń może nie być przez 2-3km, ale ja chyba biegłem juz ponad 3 km. Drugim sygnałem był fakt, że jakiś czas temu biegł za mną człowiek, którego od jakiegos czasu nie widzę, a przecież nie biegnę jakoś strasznie szybko… Na drzewach od czasu do czasu widzę stare wypłowiałe oznaczenie trasy, może to z zeszłego roku ? Choć dwa lata temu oznakowanie było podobne jak w tym roku, a nie są to taśmy na drzewach…

Dobiegam do skrzyżowania – mogę iść w prawo lub lewo, ale strzałki nie ma. No dobra, czas wrócić i poszukać trasy. W ten sposób nadrabiam ponad 7km i dzięki temu ląduję na ostatniej pozycji, ale widzę od czasu do czasu przed sobą biegacza. Puszczam się za nim w delikatny pościg i gdy jestem bliżej niego zastanawiam się dlaczego nie ma plecaka ? W sumie punkty żywieniowe co 14km, wiec może postanowił polecieć pierwsze kółko „na lekko” ? Sprawa się wyjaśnia kilka kilometrów dalej, kiedy człowiek zbiega z trasy zawodów, a gdy go wołam odpowiada, że on nie jest uczestnikiem zawodów :/

Docieram na drugi punkt w którym uzyskuję informację, że 5 minut przede mną wyszedł z niego ostatni zawodnik. Podjadłem, popiłem załadowałem elektrolity i puściłem się w pościg. Zły byłem na siebie, że nie realizuję swojego planu, ale myśl że jestem ostatni przez własną głupotę nie daje mi spokoju. Biegnę szybciej niż powinienem wypatrując przed sobą zawodnika. W końcu po 3 może 4 kilometrach mam go. Krótka gadka i lecę dalej. Już nie jestem ostatni, ta myśl nieco mnie ożywiła. Przed samym Przywidzem postanawiam jeszcze raz nieco zboczyć z trasy, tym razem już po kilkuset metrach zjarzyłem się że znów pomyliłem drogę. Na trzeci punkt wpadam i widzę na nim człowieka którego kilka km temu wyprzedziłem. Postanawiamy mała pętlę pobiec razem, czas mija jakoś lepiej głowa odciążona, ale tempo biegania jakoś nie moje. Nie czuję się zbyt dobrze, mam już pierwszy kryzys i fakt, ze ten bieg źle się zaczął odcisnął piętno na woli walki. Postanawiam zrobić jeszcze jedno kółko a potem podjąć decyzję co dalej.

Na drugiej pętli było różnie, wzloty i upadki, chwile napierania i wola walki, ale tez znużenie i zmęczenie. Wyprzedziłem kolejną osobę… ale gdy przyszła noc zniknęły też w ciemnościach siły i chęć do walki, przyszła senność i gdzieś w ciemnym lesie maszerując żwawo czułem, że przysypiam idąc. Zły znak. W głowie kłębiące się myśli po co mi to, po co taka męczarnia, bo o frajdzie z biegu już dawno temu zapomniałem. Przed Przywidzem postanawiam zejść z trasy nie zaliczając nawet pełnego drugiego kółka.

Nie żałuję tej decyzji. To była najlepsza rzecz jaką mogłem zrobić. Nie miałem tego dnia radości z pokonywania kolejnych kilometrów. Może kiedyś wrócę się skonfrontować…