Łemkowyna Ultra Trail 150

Minął blisko tydzień od dosyć ważnego wydarzenia sportowego, a ja nie mam za bardzo nawet ochoty o tym napisać, to chyba znak, że jednak blogowanie w moim przypadku ma się ku końcowi na dobre. Ale napisze Wam kilka słów o tym jak pojechałem na Łemkowynę po dwóch latach, pojechałem wyrównać rachunki.
Dwa lata temu zszedłem z trasy w Chyrowej, to mniej więcej połowa drogi. Strasznie wtedy lało, przez całe 15h przemierzaliśmy Beskid Niski w strugach deszczu, brnąc po kostki w grząskim błocie walcząc o utrzymanie równowagi.
Ciężko to znosiłem, ten dystans, pogodę, chłód, kryzys za kryzysem i w końcu decyzja aby zejść z trasy. To nie była trudna decyzja, a właściwie coś co przyniosło mi wtedy ulgę. Ale minęło troche czasu a moja ambicja cały czas przypominała mi, że poddałem się, kiedy można było walczyć. Dziś, kiedy wiem jak wyglądała dalsza część trasy wiem, że zejście wtedy było bardzo rozsądną decyzją i gdybym tego nie zrobił w Chyrowej, najprawdopodobniej gdzieś niewiele dalej i tak by się to wydarzyło.

Ale nie rozdrapujmy ran. Wracam do Krynicy po dwóch latach przerwy, nastawiony optymistycznie i zdeterminowany na ukończenie biegu. Przede wszystkim lepiej przygotowany. Nie fizycznie, bo trenowanie w tym roku to była jakaś kpina. Pojechałem przygotowany logistycznie, wyposażony w zestaw ubrań na każdą ewentualność, wiele rzeczy na wyrost. Wszystko po to aby nie dać się zaskoczyć.
No, ale jak to z przyrodą bywa, zawsze może nas czymś zaskoczyć. Tak też było w tym roku. Prognozy pogody zapowiadały, że Łemkowyna będzie wyjątkowo sucha i wyjątkowo ciepła.
Zdecydowałem się ubrać na tzw cebulę, aby po chłodnej nocy moc za dnia lecieć na krótko. Wiec ubrałem krótkie spodenki i tshirt z rękawkami, na wierzch spodnie Dobsom R90, na górę bluza Salomona, na głowie buff, na nogach Adidas Response boost TR. W plecaku dodatkowo kurtka przeciwwiatrowa, przeciwdeszczowa, kilka buffów, czapeczka z daszkiem i druga ciepła para rękawiczek. Do tego obowiązkowe graty jak zapasowa latarka, baterie, powerbank, apteczka z folią nrc , kubek, bidonu na 1 litr picia, dwie pary słuchawek i kamerę.


Pierwsza część trasy pokonana nocą minęła sprawnie i bez przeszkód, w porównaniu z warunkami na trasie sprzed dwóch lat to była przyjemna wycieczka. Suchy teren, tylko miejscami udekorowany błotem, w większości przez las, wycieczka miła i przyjemna. W okolicach 50 kilometra zrobiło się już jasno wiec głowa skierowana została z analizowania podłoża do chłonięcia otaczającej przyrody, a było na co popatrzeć. Zjawiskowy wschód z mgłami zalegającymi w dolinach a wszystko to wśród górek porośniętych różnokolorowymi drzewami. Złota Polska jesień jest zjawiskowa, morda się cieszyła, a słoneczko coraz bardziej przygrzewało. Zapowiadali ciepły dzień, ale kiedy w okolicach półmetka wyszliśmy z lasu na eksponowane pola poczuliśmy jak bardzo jesienne słońce piecze nasze ciała. Muszę tutaj wspomnieć o pewnym niedociągnięciu jakie popełniłem. Otóż regulamin wymagał, aby mieć przy sobie pojemniki na minimum 1l płynów. Punkty żywieniowe były oddalone od siebie o około 20km, co w terenie przekładało się na czas około 4 godzin. O ile w nocy nie stanowiło to problemu, to podczas biegania w okolicach południa już sprawiało pewne kłopoty. Momentami było tak źle, że wyliczałem sobie, że mogę pociągnąć łyczek picia co 10 minut. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, ze po minucie od łyknięcia picia odliczałem czas do kolejnego łyka. Dlatego w Chyrowej zabrałem ze sobą dodatkową butelkę z piciem. Oczywiście im bliżej końca dnia, tym zapotrzebowanie na picie malało, co miało związek ze spadkiem temperatury powietrza, wiec dodatkowa butelka właściwie się nie przydała, ale źródełko przy Kościele przed Cergową uratowało nas z opałów. Nie ma to jak kilka łyków lodowatej, źródlanej wody!


Wspominając już górę Cergową należy wspomnieć o dwóch rzeczach :
Po pierwsze żałuję, że nie poświęciłem 5 minut i nie wszedłem na wieżę widokową na szczycie góry. W tamtym momencie wydawało mi się to marnowaniem sił, ale z perspektywy czasu, kiedy nogi mnie już nie bolą, żałuję ze tego nie zrobiłem.
Druga sprawa to fakt, że podejście pod Cergową jest demonizowane. Nastawiałem się coś strasznego po przeczytaniu wszystkich relacji, na armagedon i jesień średniowiecza. Tak nie było. Mozolnie, powoli, systematycznie ale ciągle pod górę. Bardziej chyba cierpiałem na podejściu po miejscowości Ropki.
Także „Cergowa, ty suko”, jest przereklamowane :)
Przed Chyrową spotkałem się na trasie z Jackiem, którego poznałem dwa lata temu w szkole, gdzie nocowaliśmy po DNF-ach. jacek rok temu zaliczył 70-tkę (drugą połowę trasy), wiec doskonale wiedział, co gdzie kiedy i ile czego będzie. Z Jackiem przemierzaliśmy wspólnie trasę przez większość czasu, dogoniłem go przed Chyrową a na metę wpadliśmy razem. Dobrze nam się razem milczało na trasie :D


Wracając do samego biegu, to niestety dałem ciała z butami. Zasugerowałem się sytuacją sprzed dwóch lat, gdzie biegłem w tych butach i o dziwo wyszedłem bez większych strat. Problem jednak polegał na tym , że dwa lata temu skończyłem bieg w połowie dystansu czyli na 80km. W tym roku moje stopy miały się „dobrze” do 90km. Potem zaczęły się kłopoty. Dobieg asfaltem do Iwonicza właściwie zakończył temat komfortowego biegania. Oprócz bólu „czwórek” od zbiegania zaczął mi dokuczać ból stóp. Buty przenosiły zbyt wiele bodźców z podłoża, noga puchła i ogólnie było nieprzyjemnie. Między innymi z tego też powodu ostatnie 50km pokonaliśmy właściwie marszem, po pierwsze dlatego, że nogi bolały, a po drugie zrobiło się ciemno, a i błota trochę więcej. Prawdę mówiąc, gdyby nie fakt, że postanowiłem sobie ze te zawody skończę za wszelką cenę, zdroworozsądkowo należało zejść w Iwonicz Zdroju. Te pierwsze 100km pokonane było w dosyć dobrym, no dobra w zadowalającym, stylu. Ostatnie 50 km to już tylko parcie krok za krokiem do przodu, a wierzcie mi, że perspektywa 10 godzin marszu przez ciemny las, drugą noc z rzędu bez snu nie jest miła. Ale nie rozpatrywaliśmy tego w ten sposób. Trasę podzieliliśmy na odcinki od punktu do punktu żywieniowego. Dojść na punkt, zjeść zupę, spić kawę i ruszyć na kolejny. Tak to działało.
Po niecałych 29-ciu godzinach docieramy do mety w Komańczy. Koniec. Koniec biegu, koniec sezonu, koniec z dotychczasowym podejściem do sportu.
Mam pewne przemyślenia po tym sezonie i wnioski, które zamierzam wdrożyć w życie.
Kończę, jak to mawia Adam, z turystyką sportową. Chcę znów zacząć walczyć o wyniki, ale walkę mogę podjąć na krótszych dystansach, na tych długich nie jestem za dobry. Dlatego zmiany, zmiany, zmiany…


Jeśli chodzi o samą Łemkowynę to po pierwsze, wiem że nie wrócę na trasę 150km już nigdy. Prędzej 70km, choć długie asfaltowe odcinki nieco mnie odstraszają. Kusi mnie natomiast obejrzenie drugiej części trasy, wiec optymalnie byłoby pojechać na 30 km i porządnie się pościgać. Ale jechać na drugi koniec polski na 30 km biegania? No nie wiem. Organizacyjnie bieg można ocenić w samych superlatywach, oznakowanie trasy, obsługa na punktach przez wolontariuszy naprawdę na mega poziomie, bardzo mi się podobało. Nie oczekiwałem niczego więcej ponad to co otrzymałem na Łemko, co więcej zostałem na punktach potraktowany naprawdę po królewsku, za co bardzo dziękuje wolontariuszom. Miło było przez Wasze punkty przechodzić !