Madeira Island Ultra Trail

( Wszystkie użyte zdjęcia pochodzą z albumu MIUT i zostały wykonane przez  João M. FariaPaulo AbreuMario Pereira )

Minął tydzień od biegu, emocje już opadły wiec wypadałoby napisać kilka słów dla potomnych i czytelników tego bloga ;) . Na MIUT zapisałem się dzięki mojej żonie. Marzyłem o pobieganiu na Maderze, ale nie sądziłem, że jest to realne, a z pewnością nie tak szybko. Pierwotnie chciałem pojechać na Lavaredo, ale Magda wolała coś bardziej atrakcyjnego na wakacje i znając nasze dzieci miała rację.

Aby zapisać się na MIUT wymagane są punkty ITRA, konkretnie 4 punkty zdobyte w pojedynczym biegu. Bieg Granią Tatr dawał mi minimum, wpisowe w sumie też nie najgorsze (110E) wiec decyzja zapadła i jak tylko odpalono zapisy, zarejestrowałem się. Wolne miejsca na imprezę na Maderze wyczerpały się po 3 dniach.

Ze względów logistycznych wybraliśmy się na wakacje korzystając z oferty Itaki.

MIUT jest biegiem na dystansie 115 km i po drodze na uczestników czeka ponad 7200 m przewyższeń. Takie dane podaje organizator.  Trasa przebiega przez cała wyspę, zaczynając na zachodzie wyspy w Porto Moniz, a kończąc na wschodzie w Machico. Trasa jest podzielona na 12 odcinków, czyli jest 11 punktów kontrolnych z pomiarem czasu i żywieniem, z czego jeden punkt (CP6) jest przepakiem, czyli miejscem gdzie można nadać bagaż w specjalnej torbie i skorzystać z tego, co sobie przed biegiem do torby spakujemy.

Temperatura na Maderze w kwietniu oscyluje w okolicach 18-20 st C, w nocy nieco chłodniej, jest raczej słonecznie, choć wysoko w górach z powodu chmur i wilgoci i w ciągu dnia potrafi być nieprzyjemnie. Organizator wymaga od uczestników kilku niezbędnych rzeczy : kurtki przeciwdeszczowej, bandaża elastycznego, koca ratunkowego (foria NRC), dwóch czołówek z zapasem baterii, czerwone mrugające światełko na plecak i pojemnik na min litr płynów. Oprócz tego zaleca zabrać długie spodnie, długi rękaw, kije trekingowe, czapkę i rękawiczki.

Wystartowałem ubrany na krótko na rękach naciągnięte rękawki, kurtka przeciwwiatrowa, czapeczka z daszkiem buff, w plecaku oprócz wyposażenia obowiązkowego wylądował termiczny długi rękaw Brugi.

Na przepak nadałem cywilne ciuchy na metę (jeansy, bluza z kapturem, gacie, skarpety itp – oczywiście nie zabrałem butów na zmianę) a ponadto na bieg dwie koszulki na zmianę, skarpetki i kilka buffów i żele z batonami.

Z miejsca zamieszkania w Funchal udałem się komunikacją publiczna na Metę do Machico. Stamtąd organizator zapewniał transport uczestników na start do Porto Moniz. W Machico spotykam kilku Polaków (min Olga, Sylwia, Jacek, Damian i Andrzej) zabijamy czas rozmową oczekując na transport i w czasie podróży. Na start docieramy na dwie godziny przed startem biegu, przygotowuję picie, jem zapasy bananów i postanawiam uciąć sobie drzemkę siedząc na schodach. Spałem tak ok trzech kwadransów i cieszę się, że udało się podładować trochę akumulatory, w końcu czekała mnie przynajmniej doba bez spania.

Start biegu jest punktualnie o północy, 28 kwietnia, bieg przewidziany jest na 900 osób, ale na liście startowej finalnie znajduje się 782 uczestników.

Pierwszy fragment trasy zaczyna się ulicami Porto Moniz i okolicznych mieścinek, po czym następuje wspinaczka do Fanal, na tym etapie jest do pokonania 14km, 1500m w górę, 360 w dół i limit czasu 3h15m. Przed startem nie sądziłem, że limit czasowy może być zagrożeniem i bardzo się zdziwiłem kiedy na punkt kontrolny docieram z 15-to minutowym zapasem. Szybkie uzupełnienie płynów i dzida dalej. Wiem, że muszę zbudować przewagę  czasową na kolejnych punktach, bo z biegiem czasu tempo spadnie i zapasy zaczną się kurczyć (691 pozycja).

Drugi punkt kontrolny (CP2) w Chao da Ribeira znajduje się po 5km i aż 850 metrów niżej, ale dzięki temu, że był długi zbieg udało się zbudować zapas czasu w stosunku do limitów (23 minuty zapasu, 609 pozycja).

Trzeci punkt (CP3) Estanquinhos znajdował się za kolejne 10 km oraz prawie 1270 metrów wyżej. Był to jeden z najtrudniejszych odcinków na trasie z powodu deszczu, który kompletnie mnie zaskoczył i przemoczył bo biegłem w kurtce przeciwwiatrowej a nie przeciwdeszczowej). Mocny wiatr dodatkowo wychładzał organizm, a nieprzespana noc powodowała spory dyskomfort psychiczny i fizyczny. Na CP3 docieram po niecałych 7-miu godzinach i mam 80minut zapasu do limitu, co uspokaja mnie ale spędzam na punkcie więcej czasu niż na poprzednich, bo przebieram się w suche ubrania (termiczna bielizna z długim i kurtka przeciwdeszczowa), na szyję zakładam buffa a wszystko co mokre ładuje do plecaka. Do bidona wlewam ciepłą herbatę i kurtkę zapinam na plecak, aby uniknąć przemoczenia sprzętów jakie mam w plecaku (powerbank, kamera, telefony itp). Nie grzeję się jak pozostali przy piecyku gazowym, tylko wyruszam w dalszą drogę. Widać ze pogoda zaskoczyła wielu uczestników, bo na punkcie jest sporo osób oczekujących na biegaczy i pomagających się przebrać w suche ciuchy tym, którzy już dotarli.

CP4 w Rosario znajduje się za kolejnych 9 km i jest 1025 metrów niżej niż CP3. Ten fragment trasy minął mi dosyć szybko i bez większych atrakcji, pomijając padąjacy deszcz i wszędobylskie błoto. (558 pozycja, 70 minut zapasu)

Na przełęcz Encumeada (CP5) docieramy we mgle , na szczęście temperatura jest już przyzwoita i zaczynają pojawiać się pierwsze oznaki zmęczenia i niewyspania. Posilam się „zmielonym psem wraz z budą” jak określamy coś co ma przypominać spaghetti bolognese. (531 pozycja, 105 minut zapasu). Na wylocie z punktu spotykam Damiana, którego spotkałem przed startem i chwilę po starcie, a że obaj mamy podobny cel na ten bieg – „ukończyć i porobić zdjęcia” – trzymamy się razem już do mety. Kompan, z którym można pogadać po kilku godzinach milczenia podczas taplania się w błocie to wielka ulga dla głowy, czas szybciej mija i weselej jest.

 

Do Curral das Freiras (CP6) docieramy już w pięknej patelni, słoneczko ładnie daje, punkt znajduje się w głębokiej dolinie wiec zaczynamy się gotować. Aby tu dotrzeć z poprzedniego punktu musieliśmy pokonać ponad 15km (najdłuższy odcinek), wspiąć się 900 m i zejść 1025 m. Ale była nagroda w postaci przepaku, gdzie zmieniłem ciuchy na suche, czyściutkie, pachnące, nowe skarpetki, buffy, nowe baterie do czołówki, pojedliśmy pyszności, uzupełniliśmy płyny i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na wyjściu z punktu wyrywkowa kontrola sprzętu obowiązkowego przez organizatora. (503 pozycja, prawie 2h zapasu)

CP7, Casa do Pico Ruivo znajduje się na samym dachu wyspy Madera, aby się na niego dostać czeka nas 1370 m podejść i 300 m zejść. Organizator przewidział na ten fragment ponad 4 godziny i słusznie, bo podejście trwało wieki, po drodze były bajeczne widoki a temperatura popołudniowa dawała nam ostro w kość. Przez całą trasę modliłem się, aby na górze nie okazało się, ze widoczność jest zerowa i nic nie zobaczę.Podejście przez las figowy zmieniło się w wąską dróżkę na stromych górskich zboczach, z przepaściami za barierką i licznymi tunelami. Coś niesamowitego! Morda ucieszona mimo kilkunastu godzin przemieszczania się w tym dzikim i pięknym terenie. Na dach wyspy docieramy przed 18:00 i kontynuujemy wycieczkę w wysokich górach  (447 pozycja, 1,45h zapasu)

Po drodze mijamy „mały” punkt kontrolny, na którym tylko zostaje sczytany czas na Pico do Areeiro (drugi co wielkości szczyt Madery) – jest 19:33 a ja zaczynam schodzenie do CP8

Chao da Lagoa jest oddalone o niecałe 10 km od poprzedniego punktu i trzeba pokonać 500m w górę i prawie 800m w dół. Docieram do punktu już w całkowytych ciemnościach, jest 20:30 (444 pozycja, 2h zapasu). Przed nami zejście i ostatnie na trasie podejście do punktu Poiso – 700m w dół i 800 w górę.

Idziemy przez las, zataczając koło, chwile przemierzamy płaski odsłonięty teren, trochę wieje, jest chłodno. Gadka z Dominikiem też jakoś się klei, idziemy w milczeniu czasem tylko staramy sie ustalić czy światła przed nami to osoby, które nam uciekają czy nas gonią, bo ciężko się połapać w tej ciemnicy. Do Poiso (CP9) docieramy przed północą i wiemy już, kolejna noc przed nami będzie na trasie. Jak się sprężymy damy radę przed wschodem słońca. (439 pozycja, 1,5 h zapasu)

Portela, gdzie jest CP10 znajduje się 800 poniżej i niecałe 9km dalej. Na tym odcinku mamy już świadomość, ze teraz będzie już tylko w dół. Staramy się zbiegać, ale zmęczone stopy nie chcą za bardzo współpracować na wyboistej drodze, tam gdzie jest w miarę miękko lecimy w tempie konwersacyjnym. Zmęczone wspinaczką czwórki zaczynają się odzywać i nieco palić, widoczność też ograniczona – trzeba uważać, jeden błąd i może być nieszczęście.Sporo osób wyprzedzamy, większość zawodników idzie w milczeniu i nie podejmuje próby dołączenia do nas. Na punkt docieramy o 1:30 (422 pozycja, 1,5h zapasu)

Larano oddalone o 5 kilometrów jest 300m poniżej i droga do niego jest już całkiem przyjemna, gdzieniegdzie jeszcze truchtamy, ale głównie jest to bardzo żwawy marsz, tempo podobne, ale komfort większy. Część trasy położona jest na klifie, urwisku, które jest bezpośrednio nas brzegiem oceanu. Niewiele widzimy, ale doskonale słyszymy potężne faje w dole, podejrzanie blisko wątłej barierki, która odgradza ścieżkę od czarnej czeluści. Organizator zadbał o nasze bezpieczeństwo i na fragmencie trasy zawiesił oświetlenie. Szkoda, że nie widziałem tego pięknego widoku.  (411 pozycja, 2,5h zapasu).

Metę w Machico osiągamy przed wschodem słońca, na mieście spotykamy polaków, którzy nas dopingują przed metą. Jesteśmy zmęczeni ostatnim fragmentem, który trzeba wzdłuż niekończących się lewad (kanały nawadniające). Na samej mecie kilkanaście osób oczekujących na przybycie bliskich, senna atmosfera, ale nie ma się czemu dziwić jest 5:30 nad ranem w niedzielę, jeszcze ciemno… (meta, 29h23m:19s, 403 pozycja,2,5h zapasu)

Jedne akapit dotyczący samej organizacji biegu. MIUT jest biegiem wchodzącym w skład w cyklu Ultra Trail World Tour, więc organizacja jest na bardzo wysokim poziomie. Oznakowanie trasy widoczne było juz na kilka dni przed zawodami, jest doskonale widoczne w dzień i w nocy. Punkty żywieniowe bardzo bogate, urozmaicone, każdy coś dla siebie znajdzie, ja najmilej wspominam gorąca herbatę, suchy chleb i rosół na końcówce biegu. Na mecie każdy zawodnik mógł skorzystać z masażu, prysznica i dostał posiłek (z browarami włącznie). Trasa jest poprowadzona przez bardzo malownicze zakątki wyspy, przeciętny turysta zaliczający wycieczki fakultatywne tylko lekko zaznajamia się z pięknem Madery. Po biegu wiem, ze bardzo chciałbym tu wrócić na treking na kilkanaście dni, aby jeszcze raz móc nacieszyć oko i nos bogactwem tej wyspy. Zapierające dech w piersiach widoki warte są wysiłku jaki trzeba włożyć w poznanie wyspy, piękne lasy wawrzynowe, figowe, dzikie chaszcze i ogródki działkowe, skalne półki i tunele, wodospady, strumyczki, soczysta zieleń i kolorowe kwiaty…

Nic dziwnego, że to jeden z najpiękniejszych biegów na świecie. To prawdziwy MIUT dla duszy.

Na metę w limicie czasu dociera tylko 496 osób z 782, którzy startowali. Co trzeci zawodnik nie dociera na metę.