Ultra Legenda o Janosiku

Zapisy na bieg UltraJanosik Legenda trwały ułamek sekundy, poważnie. Kilka minut i było po zapisach, ale jakoś się udało zapisać. Fajnie, cieszyłem się, w końcu to bieg w Tatrach i to na dodatek wysokich, po których nigdy ie miałem okazji chodzić. Byłem kiedyś ze trzy razy wyciągiem na Łomnicy. Raz nawet schodziłem na dół ze Skalnatego Plesa. Dawno temu.

W Sromowcach Wyżnych pojawiłem się tuż przed burzą, po całym dniu podróży, najpierw pociągiem do Krakowa, następnie autobusem do Nowego Targu, a na sam koniec busikiem do Sromowców. Zameldowałem się w miejscu noclegowym i poszedłem odebrać pakiet spożywając wcześniej obiad w miejscowej restauracji.

Sromowce Wyżne i nadchodząca burza.

Wieczorem, kiedy kładłem się spać męczyło mnie przekonanie, że nie powinno mnie w ogóle tutaj być. Że nie jestem ani przygotowany do tego biegu, ani się nie zregenerowałem po zawodach w Borównie. Ale fakt, że będę miał okazje pobiegać po tatrach przysłonił mi zdroworozsądkowy tok myślenia. Prawda była taka, że od początku chciałem przede wszystkim pokonać pierwszą część biegu, tę najtrudniejszą, ale za razem najpiękniejszą, tyle się naoglądałem zdjęć i filmów z Tatr Wysokich.

Wstałem o 4 rano, niewyspany jak smok. Zjadłem co nieco, zabrałem butelkę coli i wyszedłem w ciemną noc na metę biegu, gdzie czekały na nas autobusy, które miały nas zabrać na start, na Słowację pod Strbskie Pleso.

Zamiast o 5:00 ruszyliśmy kilkanaście minut później i nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie sytuacja, do której nawiążę na koniec relacji. Po drodze jeden z autobusów miał jakieś kłopoty techniczne i musieliśmy na niego poczekać, ludzie się przepakowali do pozostałych i ruszyliśmy na start. To wszystko spowodowało, ze zamiast o 7:00 wystartowaliśmy 8 minut później.

Było rześko, potruchtaliśmy troszkę a potem rozpoczęła się długa wędrówka pod górę. Wdrapaliśmy się na Przełęcz pod Ostervą (1966 m) i zaczęliśmy schodzić w dół do Śląskiego Domu (1670 m) (mając po lewej piękny widok na Gerlacha (2654 m), którzy chował się za chmurami), gdzie znajdował się pierwszy punkt żywieniowy. I dobrze, bo już poważnie burczało mi w brzuchu, mimo batonów zjedzonych po drodze.

Teraz zaczęło się najlepsze, Doliną Wielicką zaczęliśmy się wspinać w kierunku Polskiego Grzebienia (2200 m). Po prawej ciąg wysokich szczytów ze Staroleśnym Szczytem (2476 m). Ależ to był widok ! Ogromna dolina, która wspinaliśmy się idąc gęsiego mozolnie jeden za drugim.

Na Polskim Grzebieniu dech mi zaparło z piękna. Masakra! Ale podziwiania widoków krótka chwila i truchtam dalej, bo chwilowo jest w dół. Chwilę później podejścia ciąg dalszy i wspinamy się na Rohatkę (2290 m). Dawno nie byłem w tak wysokich górach, łańcuchy, ostrożna wspinaczka w górę. Na Rohatce zachwyt, cud, miód i orzeszki. Powaga, bajera zupełna. I te chmury, ta przestrzeń! Chciałoby się posiedzieć.

Za Rohatką walimy w dół. Cały tysiąc metrów niżej czeka na nas kolejny punkt kontrolno-żywieniowy w Hrebienoku (1260 m). Mamy już prawie południe, słoneczko ładnie pali, na dole zrobiło się gęściej od turystów, kibicują i wspierają. Podjadam co nieco, uzupełniam płyny i ruszam w górę w kierunku Chaty Zamkowskiego a następnie jeszcze wyżej ku Skalnatemu Plesu, które znajduje się u podnóży Łomnicy. Słońce powoli nie daje żyć, kamienisty szlak nie ułatwia zadania, mozolnie wspinam się w górę. W sumie całe podejście zajmuje mi bite dwie godziny. Bez odpoczynku i zatrzymania, lubię podchodzić, to moja silna strona. Jednak dystans, temperatura, a co najgorsze stopy powoli zaczynają doskwierać. Miałem dylematy w jakich butach startować, czy tych które miałem na Grani Tatr, izolujących od podłoża, ale wąskich w palcach, co powoduje otarcia, czy może mieć szeroko i luźno w palcach, ale za to mniej izolacji przez podeszwę ? Wybrałem to drugie. Co zbierało teraz żniwo. Zbliżając się do Łomnickiego Stawu oczami wyobraźni zajadałem się arbuzem i piłem colę do oporu, na koniec zjadałem kilka kęsów pomarańczy. Niestety nic takiego się nie stało, bo nie było punktu żywieniowego w tym miejscu. To był ogromny zawód dla głowy. W milczeniu wspinam się dalej aż do Rakuskiej Czuby (2037 m) po której następuje strome trawersowe zejście w dół do Schroniska pod Zielonym Stawem (1551 m). Schodząc z góry moje stopy już jęczą i chciałby się wymoczyć w strumyku. Wiem, że jestem dopiero w 1/3 części trasy, to nie daje mi spokoju. Obiecuję sobie, że jeśli nie dojdę do siebie na najbliższym punkcie, kończę zabawę. Właściwie ta myśl nawet mi się podobała. Widziałem co chciałem, a wizja kilkunastu godzin spędzonych w ciemnym lesie jakoś do mnie nie przemawiała. powstało pytanie, gdzie najlepiej zrezygnować, aby jakoś wrócić do miejsca zamieszkania.

Godzinę czasu zajmuje mi zejście z tego miejsca gdzie zrobiłem zdjęcie do schroniska na dole. To jakieś 3 km. Ale nie dajcie się zwieść, ten teren wcale nie był lekki i przyjemny. Głowa właściwie całkowicie się poddała. Moje stopy bolą mnie tak, jakby rozjechał je walec a każdy krok był jak kolejne uderzenie młotkiem w poobijane kości. Poważnie, dziś kiedy piszę te relacje nogi są napuchnięte jak balony a bieg przecież był dwa dni temu. Siniaki pewnie zostaną jeszcze dłużej.

Na punkt przy Zielonym Stawie wchodzę na 90 minut przed limitem. Siadam i piję wyczekaną i upragnioną cole, chyba z litr wlałem w siebie. Pyszna była. Potem poszły owoce w ruch, obok siebie widzę Darka, który tez obserwuje mapę i chce zakończyć bieg w tym miejscu. Zagaduje jak wygląda temat powrotu z tego miejsca, czy są jakieś opcje. Okazuje się, że o 17:00 po zamknięciu punktu, obsługa zawija się żółtym szlakiem do ulicy oddalonej o 1,5h drogi a tam będzie o 19:00 autobus. To w sumie dobra opcja – posiedzę, odpocznę godzinkę, potem ruszę w dół i poczekam na transport. Tak zrobiliśmy.

O 19:00 siedem kilometrów dalej podjeżdża autobus organizatora i zabiera nas w kierunku Łomnicy po innych zawodników. Tam mamy czas na hambuksa i browara, następnie wracamy po resztę ludzi do tego samego miejsca skad autobus zabrał nas,potem jedziemy do kolejnego punktu (Zdziar) i znów wracamy do naszego… i tak kursujemy 3,5h. Wesoły autobus się zrobił, ale zmęczenie, głód i pragnienie nas trochę męczyło.

Na metę trafiamy w tym samym czasie co pierwsi zawodnicy, którzy przebiegli całość na nogach. Szacun!

Na 162 osoby, które wystartowały, na metę dotarło tylko 101. A nie byli to biegacze przypadkowi, każdy z nich miał doświadczenie górskie. Legenda pokazała mi miejsce w szeregu. Ale mam plan, jak to zrobić lepiej :D

[EDIT] Jest już oficjalny film, widać mnie kilkukrotnie na Rohatce (czerwona koszulka, czarny plecak). Odlot !!

1 Comment on Ultra Legenda o Janosiku

  1. Avatar Jakub Sznajder // 03/09/2019 at 10:26 AM // Odpowiedz

    Szacunek za szczerą relację. Kurczę, myśl o tym biegu mnie prześladuje już od pomad roku i Twoja opowieść nie poprawiła sytuacji- niestety… Zdjęcia piękne. Pozdrawiam i trzymam kciuki za kolejne wyzwania!

Leave a comment

Your email address will not be published.


*