Kwarantanna

Uziemiło nas. Kompletnie.

Praca zdalna, która wydawała się dla wielu z nas pięknym i idealnym sposobem pracy stała się faktem w moim przypadku. Ileż to razy chciałem pracować z domu, nie na stałe, ale raz na jakiś czas. Teraz nie mamy wybory, siedzimy w domach i pracujemy.

Są oczywiście plusy takiej pracy… np regularnie podlewane kwiaty w domu.

Ale ja nie o pracy chciałem. Bo to nie ta tematyka bloga, tutaj głównie o sporcie ma być. Tylko, że teraz ten sport jest też uziemiony, lub przynajmniej mocno ograniczony. Przestałem dojeżdżać do pracy rowerem, przestałem też do niej biegać, bo jak napisałem wcześniej siedzę na dupie w domu. Głównie z obowiązku ale także częściowo z czystego rozsądku. Nie będę tutaj starał się udawać, że zabunkrowałem się w domu i nigdzie nie wychodzę. Wychodzę, ale rzadziej i w miejsca, gdzie jest małe prawdopodobieństwo spotkania innych ludzi. Wsiadam w auto i jadę do lasu szukając nowych, nieznanych miejsc. Oczywiście – spotykam ludzi, ale mijamy się z dystansem i w milczeniu pozdrawiamy skinieniem ręki czy głowy. Nie da się ukryć, bez sportu moje życie byłoby bardzo trudne. Nie muszę biegać ultra, czy jeździć setki kilometrów, ale od czasu do czasu muszę poczuć wiatr w przysłowiowych włosach, czy poczuć zapach zbutwiałych liści.

Z drugiej strony wracam do domu i zastanawiam się, czy to było konieczne, niezbędne do życia? Czy warto ryzykować zdrowie swoje i bliskich dla godziny spędzonej na powietrzu? Jak bardzo ryzykujemy? Jak bardzo narażam ich na złapanie wirusa? Nie mniej i nie bardziej niż jak podczas wynoszenia śmieci czy robienia zakupów, które też ograniczyliśmy do minimum. Ten sam poziom ryzyka. Fifty -fifty, jak mawiają. Albo ktoś z nas coś przytarga do domu, albo nie. Oczywiście można minimalizować całe to ryzyko, unikając kontaktu, dezynfekując co się da czy nawet zwykłym myciem rąk. Ryzyko jednak zawsze jest.

W tym roku żadne zawody się nie odbędą. Takie jest moje zdanie. Większość już jest odwołana, a te na jesień nie będą organizowane, bo na chwile obecną trzeba by już zacząć ogarniać, ale nikt nie wie jak będzie wyglądać sytuacja za kilka miesięcy. Patrząc na Chiny – nie wrócimy do normalności w maju, ani w sierpniu.

W tym sezonie zawody były dla mnie drugoplanowe, wiec nie przywiązywałem do nich zbyt dużej wagi. Ale liczyłem, że wezmę w nich udział bez względu na osiągnięty wynik. Takie “turystyczne” podejście do tematu. Na te czerwcowe, na które bardzo liczyłem, straciłem już właściwie nadzieję, w sierpniowe nie wierzę, a na wrześniowych jeszcze nie opłaciłem, choć termin mija za dwa dni. Oczywiście większość z nich zostanie przełożona na za rok, lub inny termin wiec nic straconego. Ale…

No właśnie ale…

Czy udział w zawodach jest niezbędny do uprawiania sportu? Oczywiście pytam sam siebie, bo to bardzo subiektywne pytanie i każdy może odpowiadać wyłącznie za siebie. Po co mi kolejny medal na wieszaku? Ileż to ich mam – drewnianych, metalowych, matowych, błyszczących i co mi po nich? Ileż to wyników na enduhubie, ileż rekordów ustanowionych, ileż to razy poprawiłem własny wynik? Ileż to razy zwiększałem dystans i pokonywałem samego siebie w samotnej walce na biegach ultra? Ileż to razy z radością i ulgą przekraczałem linię mety fundując sobie radość i ulgę jednocześnie? Czy warto było? Po co to wszystko? Jaka jest wartość dodana?

Obecny czas skłonił mnie do refleksji – fajny ten sport, dał mi ogromne ilości radości, zachwytów a czasem i ogromnych rozczarowań. Jakby nie patrzeć wzmacniał mnie i prowokował do działania. Ale czy to jedyna droga? Czy weekendowy wypad na rowerze po bezdrożach jest w czymś gorszy od udziału w zawodach? Kurde, no nie jest. Może być taką samą frajdą, przy ograniczonych możliwościach cieszę się na każdy weekendowy trip na rowerze jak kiedyś w oczekiwaniu na zawody. Na czym bardziej mi zależy? Na uprawianiu sportu, czy na osiąganiu kolejnych wyników i kolekcji numerów startowych? Czy w tym całym pościgu nie zatraciłem gdzieś czystej frajdy z uprawiania sportu? Nie uważam, że poprzednie lata zostały zmarnowane, o nie. One otworzyły mi furtkę do tego, co mogę robić dziś i to na taką nie inną skalę. Ale czy potrzebuje zawodów, żeby się sprawdzić na dystansie 20 czy 100km? Czy muszę brać udział w imprezie, żeby doprowadzić swoje ciało i umysł do stanu euforycznego upojenia?

Z pewnością będzie to trudniejsze – zrobić to solo niż na zorganizowanej imprezie, ale czy mniej ekscytujące?

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *