#9/16 planu maratońskiego

Czas płynie nieubłaganie, maraton zbliża się wielkimi krokami. Moje przygotowania do niego wg planu first niestety w tym roku również nie idą idealnie. Wiele przyczyn się na to składa – od ogólnego zmęczenia, które na własne życzenie wprowadziłem treningami jazdy na rowerze w weekendy, aż po chorobę, która się przypałętała i przez tydzień uniemożliwiła robienie jakiegokolwiek treningu.

Przyszły w związku z tym refleksje i przemyślenia. Pierwsze naturalnie nawiązują do maratonu, który ma niebawem się odbyć, a ja zuchwale się na udział w nim zapisałem. Z racji tego, że treningi nie idą nawet trzy razy w tygodniu przestałem oszukiwać się, że jestem w stanie pobiec z wynikiem bliskim życiówki (tj. ok 3h20min). Naturalnie wiec target został ustawiony na 3h30min, co na chwilę obecną byłoby możliwe do zrobienia, jeśli oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z planem (na maratonie rzadko idzie wszystko zgodnie z planem).

Trzy dni temu życie znów pokazało, że plany planami, a życie życiem. Okazuje się, że w dzień maratonu nie będę mógł wystartować w zawodach. Pewnie myślicie, że mi przykro. Nic bardziej mylnego. Z ulgą przyjąłem tę informację, bo prawdę mówiąc bieganie po asfalcie jakoś nadal mnie odpycha. Ten maraton to miał być tylko taki bat do trenowania, taka zapchajdziura startowa.

No dobra, maraton wykreślony, ale życie nie znosi pustki i bardzo chętnie wezmę udział w czymś fajnym. Tak się szczęśliwie składa, że dzień przed maratonem są w pobliżu zawody, w których bardzo chętnie wezmę udział.

Wspomniałem na początku tego wpisu, że dokładam sobie treningi rowerowe, które coraz bardziej lubię, pogoda coraz bardziej zachęca do wypadów w nieznane. Naprawdę polubiłem ten rower, jego zwinność, sprawność w terenie i na ulicy, jego wszechstronność i dynamikę. Rower przełajowy to coś, co powinienem był odkryć kilka lat temu. Frajda z przemieszczania się na nim jest nieporównywalnie większa niż na ciężkim rowerze w klimacie mtb. Polecam spróbować każdemu, kto myśli że do lasu bez amorka nie da rady.

Zapisałem się jakiś czas temu na zawody w czerwcu – Pomorska 500. Są to zawody rowerowe, które w formule bez wsparcia rozgrywane są na trasie Szczecin – Gdańsk, czyli około 540 km. Nigdy wcześniej nie przejechałem takiego dystansu na rowerze, moim rekordem jest 180 km , które pokonywałem na szosie, wiec będzie to dla mnie nie lada wyzwanie i mam zamiar przygotować się do niego możliwie najlepiej.

Dlatego też z przyjemnością zamieniłem maraton w mieście na imprezę na orientację na rowerze. To będzie ekscytujące wyzwanie – 100 km w 10 godzin, gdy do dyspozycji ma się tylko kompas i mapę. Sam jestem ciekaw jak źle mi pójdzie. Harpaganie, nadchodzę ! :D

Z punktu wybiegł Rafał Kot, a my odprowadzamy go wzrokiem :)

Dzisiaj miałem okazję wraz z ekipą Ultramaratonu Kaszubska Poniewierka obstawiać punkt żywieniowy na Trójmiejskim Ultra Tracku, zwanym TUT-em. Przez nasz punkt żywieniowy przewinęło się kilkaset osób, wśród niech wielu moich znajomych i niesamowitą frajdą było spotkać wszystkich walczących na trasach 68 km i 42 km zawodników. Udział w wolontariacie na imprezie biegowej to bardzo fajne doświadczenie i polecam szczególnie tym, którzy sami biorą udział w takich zawodach, aby zobaczyć z drugiej strony jak to jest.

Wracając do biegania – rezygnacja z maratonu nie oznacza, że w tym sezonie nie będzie biegania! Będzie! i to jakie, z przytupem, bo na sierpień zaplanowane mam Chudego Wawrzyńca. Trzeba się zabrać ostro za trenowanie, jeśli mam tam przeżyć.

Ciężkie są powroty…

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *