Maraton metodą first

Powoli zapełniam kalendarz startowy na 2020 rok. Potrzebuje bodźca do systematycznego trenowania – inaczej moja sprawność sportowa popadnie w ruinę. Hahaha, oczywiście to żart, ale wiem jak to działa. Nie ma marchewki lub jak to inni wolą określać – bata, nie ma systematyczności w działaniach. Podobnie jest u mnie. Trochę misie chce, a trochę misie nie chce. Kiedyś miałem więcej motywacji i zacięcia do trenowania. Teraz jestem bardziej emerytowanym sportowcem amatorem.

I skłamałbym, gdybym powiedział, że mi to nie doskwiera. Troszkę gdzieś tam z tyłu głowy zalega, szczególnie kiedy pytacie mnie o plany na obecny rok, plany sportowe oczywiście. Wtedy z uśmiechem odpowiadam, że w tym roku to będzie odpoczynek od bicia rekordów i ciężkiej pracy. Bo trochę tak jest. Celowo zakręciłem w kierunku turystyki sportowej, żeby odsapnąć samemu i żeby dać odsapnąć moim bliskim. No dobra, nie było jakiś specjalnych zgrzytów rodzinnych z powodu trenowania, no chyba że w okresie wakacyjnym. Ale też bez dramatu. Fajną mam rodzinkę i tyle.

Łamałem się od kilku dni z tematem maratonu w Gdańsku, który jest w kwietniu. Nie byłem przekonany czy startować czy odpuścić. Nie przepadam za tym dystansem, bo mam z nim problemy. Prawie zawsze obnaża moje niedociągnięcia treningowe pokazując kto tak na prawdę dyktuje warunki – on czy ja. Raz tylko wszystko poszło idealnie, a poza tym zawsze coś jest nie tak. Ale za każdym razem (prawie) jest jakby lepiej, padają życiówki, a apetyt troszkę rośnie. Oczywiście wpływ na moją ambicje mają moi znajomi, którzy ciężej ode mnie trenują, lub skupiają się na jednym celu i zbierają soczyste owoce po przekroczeniu linii mety. Oczywiście bardzo mnie to cieszy, kibicuje – ale też po ludzku czasem zazdroszczę.

fot. biegowyswiat.pl

Jest pewnie drugi obóz, który patrzy podobnie w moją stronę i w głębi ducha myśli sobie – kurde, ale ma fajnie, nowa życiówka…

Za oknem zadyma śnieżna przeplatana opadami deszczu. Idealna pogoda do zawinięcia się w kocyk i ułożenie się przed odbiornikiem telewizji lub z książką w ręku na wygodnej kanapie. No ale nie dało się. Wlazłem w ten cholerny internet i się zapisałem. 19-tego kwietnia po raz kolejny będę miał możliwość skonfrontowania się z dystansem 42195 m. Z tym cholernie demotywującym podbiegiem na most przy stadionie i odcinkiem w kierunku Nowego Portu, oddalając się od mety, która jest na wyciągnięcie ręki. No trudno. Stało się. Klamka zapadła. Słowo się rzekło.

fot.pasjaczyniwolnym

No właśnie. Zapisać się na zawody to każdy może. Oczywiście i serdecznie do tego namawiam. Tylko z głową i adekwatnie do poziomu wytrenowania. Warto mierzyć wysoko, ale cel musi być w zasięgu. Mój cel jest niezmienny od jakiegoś czasu. Złamać te cholerne 3h:15m i uwierzyć znów, że połamanie trzech godzin to kwestia wytrwałości. A co, każdemu wolno pomarzyć.

Wracając jednak do początku mojego wywodu postanowiłem skorzystać z planu treningowego i wg niego przygotować się do startu w kwietniu. Plan zakłada 3 treningi tygodniowo (biegowe) i 16 tygodni przygotowań. Pisałem już kiedyś o tej metodzie i nazywa się first . Wtedy nie udało mi się tego planu zrealizować, ale teraz postaram się sumiennie go realizować. Teraz jak o tym wiecie będę miał dodatkową motywację do wyjścia na trening, bo każdy z Was będzie mógł zerknąć czy się obijam czy może zakasałem rękawy.

Zebrałem się więc, wbiłem w plastikowe ciuchy i pojechałem do lasu na 18 km wybiegania. Tam spotkały mnie wszystkie plagi egipskie, deszcz, śnieżyca, zapadł zmrok – ja oczywiście bez czołówki, raz nawet się wyglebiłem kontrolując trasę na zegarku. Nie poddałem się, nie zwątpiłem, odepchnąłem wszystkie złe i kosmate myśli i cieszyłem się tą dramatyczną sytuacją. Zaśnieżony las w kompletnej ciemnicy potrafi być fajny. Serio.

PS. Dziś zakończyłem pierwszy (z szesnastu) tygodni planu first. Wybieganie 15 km.

Leave a Reply

Your email address will not be published.Required fields are marked *