O motywacji słów kilka

Kiedy w sobotę rano podjechaliśmy z Adamem pod szlaban prowadzącym do TPK przywitało nas trzech panów sączących bursztynowy napój z brązowych butelek. Towarzystwo ewidentnie wczorajsze ale w doskonałych humorach. Ocenili nas szybko mierząc wzrokiem od stóp do głów i już wiedzieli, że coś się kroi :) Minutowa wymiana zdań spowodowała, że zostaliśmy bohaterami, kozakami, którym należy się szacunek, bo wstaliśmy w ten niedzielny poranek skoro świt i zjawiliśmy się kilka minut po godzinie siódmej na obrzeżach lasu w celu przebiegnięcia jakże abstrakcyjnego dla nich dystansu dwudziestu kilometrów.
Nie wiem, czy oni rozmawiali o nas, ale my o nich i owszem. Że im się chce, ze mają zdrowie i w ogóle szacun za walenie browarów o 7:00 w niedziele.
Sytuacja ta nakłoniła mnie do napisania kilku słów , w których chciałbym się poniekąd wytłumaczyć, bo mam wrażenie, że jestem mylnie postrzegany.
Zdarza mi się czasem przeczytać gdzieś w komentarzu słowa składanych gratulacji przy okazji zakończenia jakiś zawodów, albo zaliczenia kolejnego rekordu życiowego. Nie powiem, miłe to jest i to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że są osoby, które trzymają w jakiś tam sposób kciuki i kibicują temu co robię, nawet jeśli nie widzą większego sensu takiego działania. Ale są tez takie osoby, można by je nazwać osobami „z branży” , które gratulują, bo same ciężko pracują na swoje osobiste sukcesy i wiedzą ile wysiłku i pracy trzeba włożyć aby pokonać swoje słabości i w parciu do przodu i przełamywaniu granic. I cieszą się moimi sukcesami jak swoimi, czasami zazdroszcząc a czasami motywując do jeszcze większego zaangażowania.
Wszechświat jest tak zbudowany, że musi być równowaga, akcja przeciw akcji, wiec i ja robię jak oni – gratuluje, zachęcam a często zazdroszczę sukcesów, wiedząc że nigdy takich nie osiągnę lub wręcz przeciwnie, motywuję się do tego aby samemu coś podobnego zrobić.
Chciałbym jednak skupić się na tej pierwszej grupie i odnieść się do ich postrzegania mojego dziwnego świata.
Otóż Kochani moi, to nie jest do końca tak, że z radością wstaję w niedzielny poranek o 6:00, gdy za oknem jeszcze ciemno, ubieram się w plastikowe ciuchy, wypijam ciepłą herbatę / kawę i wcinając kanapkę najczęściej na słodko. Często jest tak, ze gdy dzwoni budzik w pierwszym momencie chce wstawać do pracy, bo nie jestem świadomy faktu, że to weekend i jest wolne. Zwlekam się jednak z tego wyra i wychodzę na trening. To nie jest takie łatwe jak by się mogło niektórym wydawać. „Że tobie się chce”, „Zazdroszczę Ci, że masz tyle samozaparcia”, „Też bym tak chciał, ale nie mam silnej woli”. To najczęściej słyszane słowa, gdy wspominam o porannym wstawaniu w weekend, aby wyjść polatać na rowerze czy pobiegać po lesie.
Godziny moich treningów są wymuszane bardzo prozaicznymi czynnikami, które ma większość z nas. To rodzina lub obowiązki. W przypadku latania rowerem w grę wchodzi kwestia natężenia ruchu samochodowego na ulicach. Po prostu jest bezpieczniej w niedziele rano, niż w piątkowe popołudnie.
Tak więc, wierzcie mi albo nie, nie zrywam się jak skowronek skoro świt, bo to lubię. O nie. Lubie spać. Lubie być wypoczęty.
Z drugiej strony cały tydzień spędzam na treningach głównie na trasie praca-dom, wiec taka odskocznia w weekend do lasu jest dla mnie nagrodą.
Zatem po co to wszystko ? Czyż nie lepiej pospać w niedzielę? Zamiast 100km na szosie pojechać 10km przy okazji rodzinnego spaceru? Po co te kąpiele w zimnej morskiej wodzie w październiku? Po co biegania po lesie przez kilka godzin w rześki sobotni poranek?

GOPR3188 copy

Otóż powodów jest kilka. Część z nich jest powtarzanymi banałami, a część niezrozumiała dla osoby spoza „środowiska”.
Dla zdrowia, dla formy, dla zrzucenia kilogramów, dla zbudowania kondycji i takie tam banialuki. Pewnie tak jest. Po to wstałem z kanapy, żeby się lepiej czuć i móc zrobić coś, co wtedy przerastało moje najśmielsze wyobrażenia. Niedawno przebiegnięcie ciągiem 10 km było czymś kompletnie nieosiągalnym. I to chyba była najbardziej przerażająca myśl. Od kilku lat podążałem równią pochyłą jeśli chodzi o zdrowie. Klasyka, praca, dom, kanapa, tv, browar i chipsy. Znacie to ?

I wtedy stało się. Dokonałem mentalnego przełomu. Postawiłem przed sobą cel i postanowiłem, że go osiągnę. Wcześniej lub później, ale zrobię to. Stanę kiedyś przed lustrem i powiem „Zrobiłeś to. Ciężko było. Ale zrobiłeś. Warto było.”

„Okazuje się, że można. Wystarczy tylko chcieć.” Takimi słowami kończyłem swój pierwszy maraton górski w Karkonoszach. Nie było łatwo, ale rzecz niemożliwa się zrealizowała. Przy ogromnym zmęczeniu i w okropnym upale. Udało się. Satysfakcji jaką miałem po przekroczeniu mety nie jestem w stanie opisać, to było bardzo potężne doświadczenie. Mówi się, że jest wynikiem działania endorfin, które uzależniają. Wierze w to, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że 50 metrów przed metą powtarzałem sobie „nigdy więcej”, a po jej przekroczeniu pytanie zamienia w „kiedy znowu?”.
Zatem co jest motorem tego całego szaleństwa, w którym ganiam kilkanaście godzin po górach lub łupie po asfalcie wypluwając płuca?
Odpowiedz jest jedna, to chęć udowodnienia czegoś sobie.
Nie komuś, nie fanom i kibicom, tylko sobie. Zrobiłem coś, co (nie)dawno było poza zasięgiem. Cokolwiek by to nie było, przebiegniecie 10km poniżej godziny, pokonanie trasy 100km w górskim terenie, czy odnalezienie wszystkich punktów na trasie biegu na orientację.
„Misiu, ty to jesteś jakiś cyborg, tyle przebiec za jednym razem, szacun”
Poważnie?
Nie, moi drodzy. Nie jestem cyborgiem, nie mam nadprzyrodzonych mocy i super soku z gumijagód. Nic z tych rzeczy. Ale mam coś innego. Mam chęć. Chce mi się przeżyć coś wspaniałego. Mam plany, cele, chciałbym je kiedyś zrealizować, a jak już wszystkie zrealizuje, to znajdę sobie nowe, może bardziej ambitne, a może takie, które znów zmotywują mnie do podjęcia działania.
Motorem wszystkich moich sukcesów jest odpowiednia motywacja. Robię to wszystko w jakimś celu. Cel jest odległy, realny i co najważniejsze – zależy mi na jego osiągnięciu. Bez tego nic się samo nie zrobi. Jeśli twierdzicie, ze chcecie coś, ale nic nie robicie w kierunku aby to osiągnąć, to znaczy że nie zależy Wam na tym wystarczająco mocno.

G0030350xx

Latem znów wezmę udział w kilku zawodach. Chciałbym stojąc na starcie być przeświadczony o tym, że jestem do nich odpowiednio przygotowany i to będzie swojego rodzaju nagroda za wszystkie deszczowe poranki czy mroźne wieczory, które spędziłem na treningach. Czasem zaspany, czasem obolały.
Cieszyć się zawodami, które czasem mimo ogromnego bólu uda się zakończyć i z radością minąć linię mety.
Siedząc na kanapie nigdy bym tego nie zrobił. Przy okazji nigdy bym nie zobaczył wielu miejsc i nie poznał ciekawych ludzi, ale to zupełnie inna historia.
Jakby mi ktoś trzy lata temu powiedział, że przebiegnę maraton (42km), albo przepłynę 2km w morzu to dałbym mu patelnię do ręki kazał z całej siły puknąć się w głowę. Nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma „nie mogę”. Wystarczy chcieć.