Pierwszy cel

Pamietam go doskonale. Lubie ambitne zadania. Ambitne, ale na miare swoich możliwości. Takie, w które wierzę, żę cieżką pracą moge je osiągnąć.

4 marca mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych (śnieg, zimno) postanowiłem sprawdzić jak to właściwie ze mna jest. Czy coś co podziałało pozytywnie na moją wyobraźnię kilka dni wcześniej wytrzyma konfrontację z rzeczywistościa. Bardzo brutalną rzeczywistością. Zakładając buty wiedziałem, że to bedzie bardzo trudne. Fizycznie też. Ale psychicznie chyba bardziej. W dziećiństwie sporo sie ganiało po podwórkach, jeżdziło na rowerze. Jestem z tego pokolenia, które całe lato spędzało poza domem i nigdy sie nie nudziło. Jak podrosłem, to jakoś wciąż miałem potrzebe wyszalenia sie i chodziłem na boisko grywac w kosza.

A teraz ? Właśnie. Kiedy to ostatni raz robiłem coś „dla sportu” ? Kilka razy grałem w nogę za czasów, gdy mieszkałem w Gdyni, była tez jakas siłownia. Nie licze okazjonalnych wypadów latem „na rower” na alejkę. Ale dobre i to.

Właściwie, nie czarujmy sie. Zdziadziałem dokumentnie. Praca, dom, praca, dom…  Od wielu lat nie robiłem nic, co chociaż w minimalnyem stopniu można by nazwać „sportem”.

Zakładając buty w głowie kłębiły sie myśli, a co jak się nie spodoba, jak nie bedzie radosći, jak bedzie walka, a właściwie nawet nie starczy mi sił na walkę ? Nie poddam sie. Nie na samym początku drogi. Nie.

Wyszedłem słuchawki w uszy i zacząłem biec. Było strasznie. Zimno, zle sie biegło, poza tym bieganie nie jest przyjemne, jest nudne i strasznie męczące. Nie chodzi o zmęczenie w nogach. M ęczące kondycyjnie, nie można nabrac wystarczającej ilości powietrza, aby zyć. Zimne powietrze zaciagane do płuc, na 100% będę chory… po co mi to ?

Z drugiej strony był głos – Nie poddawaj sie, poczatki będą trudne, musisz znaleźć złoty środek, dobra technikę, aby sie tak nie meczyć. Musisz zaczać odnosic sukcesy, aby sie motywowac do dalszej pracy….

W takim kłębowisku mysli biegłem niewiele ponad 11 minut. W tym czasie zrobiłem 2,14 km i czułem, że umrę. Wrócę do domu położę sie i wyzionę ducha. Stalo się imaczej. Nie umarłem. Zrobiłem bilans zysków i strat, wylizałem rany i zabrałem sie za lekturę. Okazuje sie, że właściwie było klasycznie. Że wiele osób reguje tak jak ja, ze to żadna nowość. Rada na przyszłość : Czerpać radość z tego co sie robi i robić to.

Tego dnia postawiłem sobie pierwszy poważny cel : w ciągu 3 miesięcy (do końca maja) przebiegnę dystans 10 km.

Po dwóch tygodniach biegania, odnalazłem optymalną trase do biegania (w miare płaska, w petli) i zacząłem na niej robic dystans 5km. Nie było lekko, ale dawałem rade. Taki sukces dodał mi skrzydeł. W marcu w sumie przebiegłem ponad 38 km.

40 km x 9m-cy = 360km. Zakładając, że jednak nabiore trochę wprawyw  bieganiu postawiłem sobie tez drugi, nie tak wazny cel, ale miło by było, gdyby sie udało. Do końca roku przebiec dystans Gdańsk-Zakopane czyli ok 700 km.

Dnia 5-tego kwietnia udało sie, ku mojemu zaskoczeniu przebiec dystans 10 km. Zajeło mi to 1h:00m:59s. Sukces ogromny, ale niesmak pozostał. Mozgłem zejśc poniżej godziny. Mniej wiecej w tym czasie, aby zmotywowac sie do pracy nad tym dystansem, zapisałem sie do Biegu Niepodległości w Gdyni.

Tydzien poźniej , 13 kwietnia złamałem godzinę na 10km. (54m:41s). Poprzeczka w górę, złamać 50 min i nabierac wprawy w dystansie 10km, żeby nie było wstydu w Gdyni….