Powrót w Karkonosze.

Za miesiąc, w marcu, upłynie rok odkąd zacząłem biegać. Ale ten czas zleciał. Właściwie nie wiadomo kiedy. Z drugiej strony jak zrobię sobie retrospekcję tego, co w tym czasie się wydarzyło i miało związek z bieganiem, to muszę przyznać, ze był to bardzo intensywny rok. Sporo się działo. Wiele biegowych sukcesów, postępy na początku przygody z bieganiem, złamanie godziny na 10km, kilka startów na różnych dystansach i w różnych okolicznościach. Wszystkie wspominam miło. Oprócz pierwszego Harpagana w kwietniu wszystkie biegi zakończyły się dotarciem na metę w limicie czasu.

Jest jednak jedno wydarzenie z zeszłego roku, które moim zdaniem miało decydujący wpływ na biegowe losy. Mam oczywiście na myśli udział, zupełnie przypadkowy w Maratonie Karkonoskim. Ten bieg, a co za tym idzie przygotowania, na które miałem de facto zaledwie dwa miesiące oraz co najważniejsze pomyślne zakończenie czyli dotarcie do mety ukształtował mnie i dał wiarę, że wszystko jest możliwe. Nie było lekko, nie było łatwo, czasem było bardzo boleśnie. Były chwile zwątpienia, ale były też sukcesy, widoczne postępy, które dawały nadzieję i wiarę w powodzenie. Byli przy mnie tacy, co pukali się w czoło, mówili, że jestem szalony, że nie ma prawa się udać komuś z tak małym doświadczeniem biegowym. Byli tez na szczęście obok tacy, którzy dopingowali mnie z całych sił, namawiali do tego aby spróbować, nawet jeśli miałoby się nie udać. Wierzyli, że to będzie cenna lekcja. Bez względu na ocenę końcową. Co by było, gdyby się nie udało ? Nic. Wiem, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, aby cel osiągnąć. A gdybym nie zaryzykował ? Do końca życia zastanawiałbym się, czy miałem szansę.

Maraton Karkonoski nie był celem samym w sobie. Cel jest oddalony i zawieszony gdzieś w przyszłości. Bliżej nieokreślonej. Aby do niego dotrzeć, trzeba podzielić trasę na etapy. Jak w długim biegu. Oddalona meta potrafi skutecznie zdemotywować, dlatego dzieli się trasę na kilka etapów i walczy o dotarcie do poszczególnych punktów. W moim przypadku takim punktem jest Bieg Granią Tatr. Ale, aby to osiągnąć długa droga przede mną. Wiele etapów do ukończenia. Wiele wyzwań, wiele kilometrów do pokonania, wiele chwil zwątpienia…

Ukończenie Maratonu Karkonoskiego dało mi wiarę, że warto. Że jest możliwe. Wszystko jest możliwe. Trzeba tylko chcieć cel osiągnąć i uparcie do tego dążyć. Pewnie zapytacie wszystko fajnie, ale po co ? Po co się tak męczyć, po co wstawać rano, po co biegać w deszczu, w mrozie. Po co ?

Mogę Wam pokazać zdjęcia z biegów, mogę napisać relację z biegu, mogę poopowiadać. Mogę nawet nakręcić film, aby pokazać Wam jak było. Nie mogę zrobić jednej rzeczy, która pomogłaby Wam zrozumieć po co. Nie mogę przekazać Wam emocji jakie towarzyszą podczas biegu. nie mogę podzielić się z Wami tym, co tak naprawdę czuję w głębi. Ekscytacja i zdenerwowanie przed, niepewność w momencie startu, zwątpienie w trakcie, walka z samym sobą…

Nigdy w życiu nie będziecie czuli tego co ja kiedy przekraczam linię mety. Żadna opowieść Wam tego nie przekaże. Żadne zdjęcie. Żaden film. To trzeba przeżyć. I właśnie dla tego biegam. Dla tych emocji, radości, endorfin. Biegam, bo chcę udowodnić samemu sobie, że jestem w stanie to zrobić. nie rywalizuje z nikim oprócz siebie. Chce się poznać i zobaczyć ile jestem w stanie znieść jednocześnie czując frajdę z tego co robię.

Tylko dlaczego piszę o tym właśnie dziś ? Ano dlatego, że wzięło mnie na wspominki. Dziś wspominam ten właśnie bieg. TEN.

Dziś o godzinie 9:00 ruszyły zapisy, do kolejnej, 6-tej edycji Maratonu Karkonoskiego. Trwały 7 godzin. Nieco dłużej niż na Rzeźnika (12 min). Zapisałem się już 10 minut po uruchomieniu zapisów. Tak na wszelki wypadek, nie czekałem z decyzją. Została podjęta już jakiś czas temu. Chciałem nie biec w Karkonoskim na rzecz Wawrzyńca, ale szybko mi przeszło. Powrót w Karkonosze, na tę właśnie trasę będzie na pewno miłym przeżyciem, trasa w tym roku nieco inna, wiec nowe wyzwanie. Są cele i plany na ten bieg. Będzie trudniej, dalej i wyżej/niżej. Będzie cudownie!

Ten wpis kieruje do wszystkich z Was, którzy z jakiegoś powodu wątpią w swoje możliwości. Zróbcie wszystko co się da, nie dajcie sobie wmówić, że nie dacie rady.

Poczujcie to co ja, gdy przekraczałem linię mety. Warto !

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzisiejsze zapisy kończą moje przygotowania startowe na ten rok. Na wszystkie założone biegi udało się zapisać.

1. Płaski maraton uliczny  – Orlen Warsaw Marathon (kwiecień)

2. Bieg Rzeźnika – 80km ultra po Bieszczadach (czerwiec)

3. Maraton Karkonoski – 46km Karkonosze (sierpień)

4. Bieg 7 Dolin  – 100km Beskid Sądecki (wrzesień)

Mam w planach jeszcze jeden mały „wyskok”, ale napiszę o nim jak się zapiszę.

Zrezygnowałem ze startów ulicznych w lokalnych imprezach. Jedynym wyjątkiem będzie Bieg Solidarności.