Pozostało 29 dni….

Niedawno pisałem poprzedniego posta, a dzis okazuje sie, że minęło juz 10 dni od tego czasu.

Ostatni tydzień czerwca spedziłem w Warszawie na szkoleniu. Szkolenie szkoleniem, ale bieganie było. Raz, bo raz, ale było. Lubie biegac w nowych miejscach.

W weekend tradycyjnie wybieganie z Matim.  Tym razem nieco mniejszy dystans, bo znowu wykonczyłem sobie kolana. Troche na własne życzenie, troche nieswiadomie, ale przynajmniej była to lekcja z wnioskami. Nie powinienem szybko zbiegać. Po 20 km biegania szaleńczy pęd z góry w dół kończy sie bolącymi wiązadłami. Będę musiał na to uważać. Ostatnie wybieganie było w pewnym sensie historyczne, bo został poprawiony kolejny rekord. Złamałem 2 godziny w półmaratonie. Mój GPS zgubił sygnał podczas tarckingu, ale na szczęscie Matiego działał poprawnie cały czas.

Ostatnie wybiegania robie w pełnym osprzęcie, tak jak planuje biec na MK. Plecak z bukłakiem wody wypełnionym po brzegi, kurtka przeciwdeszczowa, batony żele. Kupując plecak troche sie obawiałem ze bedzie zbyt mały (5l), ale okazuje się, ze jest pakowny i sporo mozna do niego wepchnąć. Cieszę sie , ze nie skusiłem sie na pas i bidony. Beganie z plecakiem (ok 2 kg) w pełnym zładunku objawia mięśnie, o istnieniu których wcześniej nie zdawałem sobie sprawy.

Na początku lipca pożegnałem sie z moimi ulubionymi skarpetkami do biegania. Zakupione  w lidlu za 40 PLN, przebiegły ze mna ok 350 km. Przez ten czas nie miałem ani jednego pęcherza czy otarcia. To była smutna chwila :]

Przyszedł lipiec, wiec czas sie sprężyć. Chciałbym biegac ok 50 km tygodniowo, z pewnością bede wybierał trasy z przewyzszeniami, zeby troche pozbiegać. Do pracy latam rowerem, w pracy nie uzywam windy tylko latam po schodach. Troche się to robi dziwne. ;]

W czerwcu przebiegłem w sumie 185 km, to prawie tyle ile w marcu, kwietniu i maju razem wziętych ;] Oto przykład co potrafi zrobić odpowiednia motywacja.