Wpis, w którym pojawia się zima

Droga powrotna jaką pokonuję codziennie z fabryki do domu, na odcinku dwóch ostatnich przystanków tramwajowych pokrywa się z moja trasą biegową.
Wczoraj, skończywszy czytać książkę wyglądałem przez zaparowane okno. Myślami byłem już gdzieś na wieczornym pobieganiu i układałem plan co to ja będę dziś robił. Sezon biegowy zakończony, czas przygotować się do kolejnego. Przygotować, to znaczy zaplanować sobie najważniejsze starty i postarać się wziąć w nich udział. Oczywiście sam udział mnie nie satysfakcjonuje, chciałbym czerpać maksymalnie dużo przyjemności ze startów i oczywiście wszystkie starty zakończyć z uśmiechem i zadowoleniem. A jest w czym wybierać. Zaczynając bieganie nie planowałem udziału w żadnych zawodach, a tymczasem na karniszu wisi kilkaset gramów medali za udział w biegach. Niektóre z nich szczególnie cenne, inne mniej, ale z każdym jest związane miłe wspomnienie. Ten rok był udanym rokiem biegowym. Pewnie dlatego, że nowicjusze mają prościej, bo szybko osiągają postęp. Później już nie jest tak lekko i na sukces trzeba zapracować. Nie żebym w tym sezonie nie pracował. Wręcz przeciwnie. Uważam, ze włożyłem bardzo dużo pracy w sukcesy jakie udało się osiągnąć. I warto było. Nie żałuję żadnej kropli potu przelanej na treningu.
Ale jak to mówią – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Apetyt na kolejne wyzwania. Na kolejne sukcesy. Jest motywacja i to jest dobre. Wiem, że mogę więcej i lepiej. Wiem, gdzie w tym roku popełniłem błędy. W niektórych przypadkach wiem co zrobić, aby błędy juz popełnione nie pojawiły się w nadchodzącym sezonie. Wiele rzeczy trzeba zmienić, powalczyć z nawykami i zmusić się to robienia tego, co nie zawsze jest przyjemne. Czynności, które powodują dyskomfort, a czasem nawet trochę będą boleć ale zaprocentują w przyszłości.
Mam mocne postanowienie, że w walce nie ustanę. Wiem, że zmiany są dobre i idą w odpowiednim kierunku.

Z takim nastawieniem rozpocząłem treningi po przerwie chorobowej. Zmieniłem plan wykonywania  treningów, właściwie, nigdy do tej pory planu nie było. Starałem sie biegać sporo i na tym się kończyło. W tygodniu robię zazwyczaj 3 treningi. Trzeci przypadający na weekend to długie pobieganie w lesie i to raczej się nie zmieni. W dwa pozostałe dni treningowe trzeba wpleść bieganie „pod tempo”, interwały, budowanie siły biegowej itp. Koniec z jałowym wybiegiwaniem kilometrów. Ma być siła, technika i postęp ;). A w dni niebiegowe ćwiczenia wzmacniające. Pół godziny dziennie. W niedzielę lazyday.

Kiedy tak o tym rozmyślałem patrząc przez okno tramwaju zdałem sobie sprawę, że plany nie zawsze będą możliwe do realizacji. I wcale nie będzie to zależało ode mnie tylko od zimowej aury, która właśnie o sobie przypomniała. Na razie zima nas postraszyła, a moje miejsce treningowe właściwie stało się mało użyteczne. No bo jak biegać po zalodzonych ścieżkach nie ryzykując upadku ?

Idealnym rozwiązaniem byłyby buty z kolcami. Może zamiast butów jakaś tańsza alternatywa ?

Nie, nie powbijałem gwoździ w podeszwę swoich Faasów. Wykopałem prezent, który dostałem dawno temu, w czasach kiedy nawet nie myślałem o bieganiu, a został zakupiony z myślą o górskich wycieczkach jesienno/zimową porą. Są to takie nakładki na buty (a właściwie podkładki), które posiadają kolce.

Ciekaw byłem, czy to w ogóle nadaje się do biegania. Chodzić na pewno się w tym da, ale biegać ?

Ubrałem czapkę, rękawiczki wyszedłem na dwór. Naciągnąłem kolczastą podeszwę na nogi i poleciałem w ciemność. Pierwsze kilka metrów to bieg po idealnie odśnieżonym chodniku pod blokiem. Wrażenie dziwne, jakbym miał kamienie pomiędzy bieżnikiem podeszwy. Kiedy minąłem terytorium osiedla zaczęła się trasa pokryta zmarzniętym śniegiem, kałużami i innym badziewiem. Na takiej nawierzchni przestałem czuć kolce pod nogami, biegłem jakbym nie miał niczego pomiędzy podeszwą a ulicą. Z jedną różnicą. Moja przyczepność była tak dobra, że aż nierealna. Biegaliście kiedyś po lodzie w asfaltówkach ? Każdy krok to wielka szansa na wywinięcie orła. Moja głowa ciągle była przygotowana na uślizg a ręce gotowe do łagodzenia upadku, ale nic takiego nie następowało. Po kilkuset metrach nabrałem rozpędu i przestałem się przejmować lodem pod stopami. Kiedy przeszedłem do interwalów okazało się, że można w zakręt wejść bardzo dynamicznie bez najmniejszego ryzyka upadku, a przyspieszanie odbywa się bez kłopotów.

Wracając poleciałem inną trasą, która została bardzo dobrze odśnieżona. Po kilkunastu krokach zdecydowałem się zdjąć kolce i poleciałem na gołej podeszwie.

To kolejne dwa plusy tego rozwiązania. Montaż i demontaż zajmuje kilka sekund. Gabaryty wynalazku są niewielkie, wiec spokojnie można je schować do kieszeni lub biec z nimi w rekach. Jeśli ktoś planuje chować do kieszeni, warto pomyśleć o worku foliowym do spakowania.

Tak więc, pierwsze oznaki zimy zostały pokonane i nie są mi straszne.

Tylko skarpetki miałem mokre. :]

kolce