Wyjście poza strefę

Dzisiaj, w sobotę miałem okazję pobiegać w towarzystwie. Do tej pory wszystkie biegi robiłem sam, głównie dlatego, że godziny w jakich biegam wieczorami sa płynne i uzależnione od snu moich dzieci. Dlatego tez, czasem biegam o 20:00, a  czasem o 21:30. Ciężko wiec zgadać sie z kims, kto bedzie siedział i czekal, aż ja będę gotów.

Drugi powód to forma. Każdy z nas ma inną, jedni lepszą inni gorszą. Jeden biega szybciej, drugi wolniej. Jeden bliżej, drugi dalej.

Ale jakos mi ta samotność specjalnie nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, mam słabszy dzien, biegam wolniej, mniej lub  w innym miejscu. Jak mam lepszą formę to zapuszczam łydę w nieznane rejony. Poza tym to czas biegu to dobry moment, aby sobie w ciszy i spokoju poukładac niektóre sprawy w głowie. Porozmyslać.

A to wszystko przy dzwiękach ulubionej muzyki. Najlepiej takiej, która równomiernie wybija rytm. :)

Dziś było inaczej.

Przede wszystkim biegł ze mną maratończyk. A to zobowiązuje ;)  Po drugie miałem okazję podczas biegu posłuchać odgłosów lasu. Po trzecie miałem okazję porozmawiać. Tak. Podczas biegu. To dla mnie w pewnym sensie nowość. Moje dotychczasowe biegi były w wysokim przedziale HRMax (czytaj : dyszalem jak parowóz, a serce chciało wyskoczyć z klaty) – innymi słowy było nieco intensywniej. Z tego powodu nie rozumiałem, co znaczy rozmawiac podczas biegu. A wiadomo, ze podczas rozmowy czas płynie lepiej. Wiec i kilometry jakos same sie nabijają. Nie myślcie sobie, że w zwiazku z tym wybieganie było lekkie, łatwe. Nie było.

Rozmowy dzis kręciły sie głównie wokół biegania, z kazdej strony : jak to jest zrobić maraton, jak jeść i co jeść, co warto zobaczyć w sieci, historyjki opowiadania i takie tam.

Trasa dla mnie zupełnie nowa i jakbym miał ją powtórzyć to na 100% bym pobładził. Przyjemnie, przez las, staraliśmy sie unikać asfaltu uciekają w boczne dukty.

I tak sobie gaworząc okazało sie, ze obaj z Matim mamy podobną percepcję wrażen z początków biegania.  Przede wszystkim (teraz słowa kieruje ku poczatkującym) nie liczcie ze będzie lekko. Nie będzie. Przynajmniej na samym początku. Pierwsze biegi są koszmarnie męczące i potrafią zdemotywować. Dlatego też warto dać sobie trochę czasu i nie poddawać sie po pierwszych dwóch wyjściach „na bieganie”. Moim zdaniem radość przychodzi po drugim tygodniu, wtedy juz można przenosic powoli góry i odnosi sie sukcesy. Sukcesy, które przychodzą z łatwością. Zrobienie 3km , potem 5-ciu , znaczne pobijanie czasu na powyzszych dystansach. Później juz nie jest tak różowo. Urwanie minuty czy dwóch na 10km jest okupione wysiłkiem i ciężką pracą. Ale mozliwe do wykonania, trzeba tylko wyjść ze strefy komfortu.

W moim przypadku , gdy biegałem w pętli w okolicach domu, za każdym razem jak przebiegałem w poblizu domu mowiłem sobie, dobra, pobiegałem. Jestem zasapany, spocony i zmęczony. Czas wracać. Wielokrotnie tak sie działo. Czasem było na zasadzie : a to jeszcze jedno ostanie kółko (2km) i wracam.

Kilka dni temu wybrałem sie na wieczorne pobieganie z myślą, ze zrobie spokojną dychę. Po 600 metrach wiedziałem ze nic z tego. To nie był mój dzień. Nie miałem siły, zaczałem za ostro, zabrakło paliwa. Wracam. Ale przeciez nie wrócę po 3 minutach do domu. Bez sensu. Poleciałem jeszcze kilkaset metrów podbiegując sprintem, odpoczywajac w marszu. Ale ciągle w głowie miałem myśl „wracaj, wracaj do domu. Dziś sie nie da”. I zawróciłem. Truchtem, spokojnie łapiąc łapczywie powietrze. Kiedy miałem zakrecic w drogę do domu moje drugie ja, bardziej ambitne powiedziało, przebiegnij chociaż jedno kółko, jedno…  i go posłuchałem, bez cisnienia na czas, pobiegłem, jedno kółko. potem drugie i trzecie … i zrobiłem w sumie 10km.

Ta sytuacja dała mi do myślenia. O tym, ze nawet w bieganiu jest walka dobra ze złem. Odwieczna i nieskonczona. I tylko od Ciebie zalezy która strona wygra.

Świadomość takiego stanu rzeczy wymusiła na moich treningach zmiany. Treningi siłowe odbywam w okolicach domu. I sie katuje. Natomiast gdy chce pobiegać dłuzszy dystans radzę sobie inaczej. Biegnę przed siebie, byle dalej od domu. I w tym czasie nie myślę o powrocie, o drodze powrotnej, o dystansie jaki bede musiał pokonac raz jeszcze. Kiedy jestem juz zmęczony przerywam bieg i wracam. Zawracając wiem, że właśnie wychodzę poza swoją strefę. Strefę komfortu. Droga powrotna jest ciężka, bo zazwycaj jestem zmęczonyi chciałbym znaleźć sie w domu „już, natychmiast” , ale wiem, że zmuszajac się do wysiłku, wpływa na moją kondycję fizyczną, a co najwżniejsze na moją głowę. Daje motywację, bo przecież wrócić trzeba. Wiem, ze tylko w  ten sposób jestem w stanie pokonać sam siebie i przełamywać własne bariery…

Tak było dzisiaj. I pokonałem kolejną barierę. Tym razem pękł dystans półmaratonu. Nowe doswiadczenie. Euforia i zadowolenie, że nie zawrócilismy po 7-mym km, kiedy po raz pierwszy pomyślałem o powrocie.

Za tydzien prawdopodobnie znow sie spotkamy….