Zaczynam. Na poważnie.

Sezon 2018 został w moim przypadku zakończony. Można by go podsumować w liczbach, ale chyba nie ma to większego znaczenia ani sensu, no ale jakiś komentarz można napisać.
Generalnie sezon można zaliczyć do zmarnowanych pod względem rozwoju sportowego, nie było w tym roku żadnego sensu w działaniu, planu i konsekwencji. Czułem wewnętrznie ze taki sezon mi się przyda, bez presji na wyniki i bez ciężkiego trenowania. Postawiłem sobie kilka założeń, starałem się je realizować, ale nie wszystko ułożyło się po mojej myśli.
Zacznijmy od TUTa, gdzie właściwie już na początku biegu sponiewierała mnie kontuzja i dotarłem na metę maszerując, kompletnie bez sensu. Ten start trochę mnie psychicznie podłamał, bo w bliskiej perspektywie miałem najbardziej wyczekiwany start w życiu – 115 km na Maderze.
Madera okazała się extra przygodą, bez spiny, bez szaleństw, bez walki i innych epickich wzlotów okołoultrasowych. Po prostu 30 godzin wspaniałej przygody w cudownym miejscu.
Miesiąc później zmierzyłem się z Formozą na dystansie 180 km i w połowie drogi się poddałem. Tym razem wysiadła głowa, może za wcześnie po MIUT, może po prostu nie byłem odpowiednio skupiony na realizacji i podszedłem lekceważąco do tematu.
Do Radkowa pojechałem z radością. Ten start to takie posmakowanie czegoś nowego jakim jest ekstremalny triathlon. Byłem ciekaw jak to się ma do zwykłego trenowania triathlonu, z którym ostatnio jakoś mi nie było po drodze. Ale wypad w góry, styranie się na podjazdach jak nigdy dotąd dały mi motywacyjnego kopa. Trochę inaczej spojrzałem na temat „triathlonu w górach” i nabrałem respektu. Ale spodobało mi się, bardzo!
W sierpniu kolejny wielki krok w sportowej karierze – triathlon na pełnym dystansie. Potraktowany jako przygoda. Zobaczę jak będzie i wtedy się wypowiem jak sobie wyrobie zdanie. I wyrobiłem sobie.
Na koniec sezonu pojechałem wyrównać rachunki w Beskid Niski. Pojechałem tam po ciężkiej przeprawie w Borównie, który to start poukładał mi pewne sprawy w głowie. Na Łemkowynie nie było opcji porażki, tylko niespodziewana kontuzja mogła mi przeszkodzić w ukończeniu ŁUTa.
No ale wszystko to wiecie, bo przecież śledzicie tego bloga na bieżąco :) , prawda?

No dobra, minęło kilka lat od czasu kiedy zacząłem uprawiać sport, kilka rzeczy, o których nawet nie marzyłem w najśmielszych snach udało się zrealizować. A skoro marzenia zostały zrealizowane należy zastanowić się co dalej?
No właśnie, co dalej ?
Mam kilka wniosków i kilka pomysłów.
Po pierwsze wiem, że nie da się zrealizować wszystkiego i muszę dokonać pewnych wyborów. Realizacja założonych celów, czasami bardzo trudnych nie zawsze idzie w parze z satysfakcją. Nie taką jednorazową na linii mety, bo ta jest zawsze, ale w szerszej perspektywie. Weźmy na tapetę taki start w Borównie jako przykład. 12 godzin i 40 minut, mniej więcej,potężna bomba na rowerze, do tego stopnia, że przeszła mi cała ochota na trenowanie kolarstwa. Nawet na biegu zarzekałem się, że to dystansu IM już nie podejdę. No ale jak się dłużej człowiek zastanowi i przemyśli sobie na spokojnie wszystko, można dojść do odmiennych wniosków, niż te, które w czasie trwania zawodów podsyła zmęczona głowa.

Ambicja to chyba dosyć pożądana cecha u sportowców. A ja chyba mogę się nieskromnie pod taki szyld wprosić. Przez ostatnie kilka lat trenowałem ciężko ale nie zawsze mądrze,co przyczyniło się do faktu, że chyba dojrzałem do mądrego uprawiania sportu. Kończę z tak zwaną turystyką sportową, nie interesuje mnie start w zawodach tylko po to, aby je ukończyć. Taki stan rzeczy mnie nie satysfakcjonuje. Nie na dłuższą metę. Ukończenie zawodów w Borównie z czasem 12h:40m nie może tak zakończyć przygody z IM. Dlatego biorę byka za rogi i wracam za rok, przygotowany odpowiednio, najbardziej jak tylko się da i jadę tam walczyć o każdą sekundę. Tak oto wyznaczam sobie pierwszy cel na 2019 rok. Chciałbym, aby był to tylko początek z tym dystansem, bo wydaje mi się, że mogę to zrobić zdecydowanie lepiej.
Za tą decyzją idzie inna, która zapadła po Łemkowynie. Kończę ze startowaniem w zawodach, których planowany czas ukończenia przekracza 12 godzin, kończę z męczonymi długimi dystansami, w których nie mam sił na walkę o wynik, a kończę walką o ukończenie. Nie interesuje mnie to na chwilę obecną. Ten sezon przeznaczam na pracę nad jakością uprawianego sportu a nie tylko jałowym „zaliczaniu” imprez sportowych. Zatęskniłem za trenowaniem jakie znam z przełomu lat 2014/15 kiedy w akcji „Aktywuj się w triathlonie” wpadłem w reżim treningowy, który powodował opuszczanie ciepłego kurwidołka jakim jest strefa komfortu. Koniec z wygodnym uprawianiem sportów,czas na ciężką pracę i próbę powrotu do formy sportowej z 2015/16 kiedy zrobiłem życiówki na maratonie i półmaratonie.
Zaczyna się listopad, zaczynamy więc nowy rozdział. Ułożone treningi, wszechstronna praca, opuszczanie strefy komfortu. Wiem, że ta metoda działa, jestem zdeterminowany aby to pokazać i utrzeć nosa niedowiarkom:)
Zaczynamy od nowa. Trzymajcie mocno kciuki, albo zacznijcie razem ze mną, bo latem będziecie żałować :)